Blog Doktora No

Blog geeka o komiksach, filmie, anime oraz nauce i technice - A Geek's blog about anime, film, sci and tech

“Hernan Cortes i Podbój Meksyku”

Okładka

Są takie rzeczy z dzieciństwa, które zostają z nami na długo, inspirując nas nawet w dorosłym życiu. Dla mnie z pewnością takimi rzeczami były komiksy wydawane na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku, które zapamiętale czytałem jako dziecko.

Jednym z takich komiksów był „Hernan Cortes i Podbój Meksyku” wydany przez KAW w 1989 roku, autorstwa duetu Stefan Weinfeld (scenariusz) i Jerzy Wróblewski (rysunek). Pana Wróblewskiego nie trzeba przedstawiać znawcom polskiego komiksu; prawdziwy tytan PRLowskiej sceny komiksowej mający na koncie dziesiątki komiksów o różnorakiej tematyce i o zróżnicowanym stylu, z czego zabłysnął na początku swej kariery rysując epizody „Kapitana Żbika”.

Komiks jest nietypowy ze względu na tematykę. Nie jest kolejny propagandowy komiks wychwalający zdobycze socjalizmu, Milicje czy LWP, ani sensacyjny (jak „Czarna Róża” tego samego autora) ani fantastyczny( jak „Funky Koval” czy „Thorgal”), tylko poświęcony rekonstrukcji inwazji kilkuset najemników pod wodzą kastylijskich szlachciców z Hernanem Cortesem na czele na tereny współczesnego Meksyku i imperium Azteków w latach 1519-21, po której to nastąpiła kolonizacja tych ziem przez królestwo Hiszpanii i upadek cywilizacji tamtejszych Indian.

Postać Corteza jest raczej drewniana i ograniczona do wydawania komend i pertraktacji z napotkanymi Indianami. Nie ma dogłębnego wnikania w motywacje (poza ogólną dotyczącą zdobycia złota) ani dylematy czy relacje międzyludzkie. Na jednym kadrze jest ledwie zasugerowane że słynna Indianka-tłumaczka Manliche była jego kochanką, ale ograniczenia cenzuralne komiksu i tępo akcji zostawiają to tylko domysłom czytelnika. Zwięzłość komiksu powoduje, że wiele interesujących rzeczy, np. wątpliwości konkwistadorów co do szans powodzenia wyprawy, knucie buntów, przeszpiegi Manliche itp. są zasygnalizowane w jednym kadrze co z jednej strony jest mistrzostwem lakoniczności a z drugiej pozostawia spory niedosyt.

Najemnicy Corteza – prawie jak Waffen-SS.

Moim zdaniem mocnym punktem scenariusza jest pozostawienie moralnej oceny czytelnikowi. Nie ma tutaj natrętnego dydaktyzmu i propagandy (tej ostatniej było pełno w PRLowskim komiksie…), jest za to prezentacja chciwości i bezwzględności Corteza i jego najemników a z drugiej strony widzimy jego indiańskich sprzymierzeńców mających porachunki z Aztekami. A z kolejnej strony widzimy gehennę ludności cywilnej, z czego zarówno rzeź Choluli i spalenie Tenochticlan budzą skojarzenia z nazistowskim barbarzyństwem z czasów II Wojny Światowej. Szokująca nas religia Azteków, której głównym elementem były ofiary z ludzi i rytualny kanibalizm (praktykowane też przez inne ludy Ameryki Środkowej), są pokazane przelotnie lub tylko wspomniane w dialogu.

Słabym punktem scenariusza jest skompresowanie trzyletniej kampanii i jej krętych losów w 48 stronach, co ujemnie odbiło się na prezentowanej historii. Tępo akcji jest czasami za szybkie, wiele ciekawych elementów zostało pominiętych. Poza tym powielono kilka mitów min. słynny mit że Cortez był traktowany przez Azteków jako wcielenie boga Quetzalcoatla, co nie ma potwierdzenia w źródłach historycznych. Wspomniana kompresja pozostawia spory niedosyt, np. nie dowiemy się dlaczego Totonacy i Tlaskalanie sprzymierzeni z Cortesem nienawidzili Azteków, ani to w jaki sposób imperium Azteków (a raczej Trójprzymierze miast-państw ludów Mexica) funkcjonowało i utrzymywało kontrole nad innymi miastami-państwami.

Sceny batalistyczne, choć mocno skrócone, są mocną stroną, gorzej z wiernością historyczną uzbrojenia i strojów…

Rysowanie komiksów historycznych jest trudne, gdyż wymaga dużej wiedzy na temat okresu historycznego, architektury, kostiumów, uzbrojenia itp. Wróblewski poradził sobie z tematyką kolonizacji innego kontynentu dość nierówno. Z jednej strony część widać że bardzo się starał (np. w miarę dobrze pokazał zbroje wojowników w szczególności wojowników-jaguarów), a z drugiej azteccy wojownicy noszą pióropusze jak Indianie z westernów, a słynne meksykańskie „miecze” – płaskie pałki z obsydianowymi ostrzami zwane macuahuitl – są przedstawione jak maczugi. Ubrania i kostiumy Indian raczej wyglądają na owoc wyobrażeń autora i kopie strojów współczesnych meksykańskich tancerzy ludowych, niż owoce badań archeologicznych. Niemniej są to usterki zrobione w dobrzej wierze i widać że po prostu brakowało mu materiałów źródłowych i praktyki.

Wróblewski musiał zmierzyć się z rysowaniem scen batalistycznych, architektury, obcych krajobrazów i ludzi o innym pochodzeniu etnicznym. To drugie wyszło mu raczej średnio, I nie widzimy min. Tenochticlan w całej swej okazałości. To trzecie też, jest jeden kadr w którym Cortez podziwia widok na stolicę Azteków na jeziorze Texcoco, i to co widzimy na kadrze nie wygląda imponująco…

„Wspaniałe!” Ale… co?

Podsumowując, komiks musi być oceniany w kontekście czasów w których powstał, czyli schyłkowej dyktatury komunistycznej. W tamtych czasach nie było za wiele rozrywek, każdy komiks w kiosku budził zainteresowanie i szybko się rozchodził jako substytut „Zachodu” i lepszego świata. Historyczna tematyka komiksu powodowała że prawdopodobnie otrzymał on „błogosławieństwo” władzy jako materiał rozrywkowo-edukacyjny dla dzieci i młodzieży, w sam raz do wydania w kilkuset tysiącach (!) egzemplarzy. Mnie ten komiks bardzo zafascynował tematyką Azteków, Majów itp. co spowodowało że z biegiem czasu zacząłem sięgać po pełniejsze źródła wiedzy na ten temat.

Z czym można porównać komiks duetu Weinfeld-Wróblewski? Dużej konkurencji nie ma, co jest dla mnie zaskakujące. Mamy np. adaptacje „Pamiętnika żołnierza Korteza” Bernala Diaza del Castillo zaadoptowaną w USA w ramach serii „Classics Illustrated” w 1960 roku (do poczytania online na Archive.org) i owa amerykańska ramotka artystycznie wygląda słabo, mimo wierności literackiemu pierwowzorowi i realiom historycznym. Tematyka konkwisty jest obecna też min. we francuskim cyklu z lat dwutysięcznych „Quetzalcoatl” Jeana-Yevsa Mittona, gdzie ładny klasyczny rysunek jak pociągnięty na bruk przez ahistoryczną fabułę będącą pretekstem do scen seksu i przemocy. Sądząc po min. wpisach na tym blogu światowa konkurencja dla komiksu Wróblewskiego wygląda raczej słabo, przynajmniej w okresie wydania… A więc „Polak potrafi(ł)”!

W każdym razie w moim sercu komiks Weinfelda i Wróblewskiego doczekał się godnego następcy, będącego światową rewelacją, nominowaną min. do nagrody Eisnera, i porządnie skonsultowanego ze źródłami historycznymi i najnowszymi badaniami archeologicznymi i etnograficznymi. Chodzi o web-komiks „Aztec Empire” duetu Paula Guinana i Aniny Bennett, do poczytania za darmo tutaj: “Aztec Empire” webcomic. Czytając go znowu mam okazje poczuć się jak mały chłopiec zafascynowany historią…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

− 1 = 9