Blog Doktora No

Blog geeka o komiksach, filmie, anime oraz nauce i technice.

ZŁE FILMY: „Street Fighter”

  • English (United States)
  • Polski

Dziś proszę państwa przed nami filmidło na swój sposób pionierskie, bo będące pierwszą drugą oficjalną ekranizacją gry komputerowej w dziejach światowej kinematografii. Mowa oczywiście o „Street Fighterze” z 1994, znanym w Polsce jako „Uliczny Wojownik”. Przypominam, że komputerowo-konsolowy pierwowzór to typowa „nawalanka” („beat’em-up”), w której dwie wirtualne postacie sterowane przez graczy starają się nawzajem znokautować ciosem w stylu „trampek w mordę”. Gra jest ciągle popularna i cały czas rozwijana, bijąc rekordy popularności i będąc żywą legendą elektronicznej rozrywki. Trudno nie dziwić się, że producent, japońska firma „CapCom”, skwapliwie skorzystała z okazji do dalszej promocji tytułu, udzielając licencji na realizacje na jej podstawie filmu.

Obsadę filmu naszpikowano gwiazdami (Jean Claude Van Damme, Endrew Brynarski, Raul Julia, Wes Studi, Kyle Minogue), budżet nie był specjalnie skromny, raptem 35 milionów dolców, a twórcy mieli ambicje zrobienia czegoś z „jajem” i dystansem do samego siebie. Co więc mogło pójść źle, skoro tak dobrze się zapowiadało?

Ano dużo.

Przede wszystkim, problemem jest sama adaptacja – w grach komputerowych fabuła jest raczej tylko pretekstem do wprowadzenia gracza w rozgrywkę (o ile nie mamy do czynienia z grą par excellence przygodową). Co takiego może być ciekawego w turnieju i pojedynkach? Jak z samego tępego mordobicia wykrzesać interesującą fabułę? Z tym problemem na pewno zmagali się twórcy dzisiejszego filmu, znajdując średnie rozwiązanie w postaci nagięcia fabuły do ram filmu sensacyjno-wojennego i przyprawienia jej akcentami autoparodystycznymi. Ale nie marnujmy już czasu na wstęp, bo już przygotowałem sobie piwo i przekąski i zapuściłem płytę…

 A pierwowzór wygladał wtedy tak jak powyżej. Ta kupka pikseli po lewej to Zangief, a ta po prawej to Chun-Li. 

Na początku dowiadujemy się że w jakimś zadupiu w dalekiej Azji trwa wojna domowa i że jedną z frakcji dowodzi zły generał Bison (Raul Julia), o którym od początku wiadomo, że jest baaaardzo zły bo ma kwaterę główną w stylu Doktora Zło i jest razem z innymi rzezimieszkami poszukiwany przez coś co wygląda jak ONZ-etowskie „błękitne hełmy”, na czele czego stoi płk. Gulie (Van Damme). „Potężnej armii” Bisona oczywiście nie widzimy, bo w przeciwnym razie budżet filmu by nie wyrobił…

Sytuacja się komplikuje, bo Bison porwał kilku pracowników ONZ, przepraszam, Narodów Sprzymierzonych, i jednego z nich, Blankę, chcę przerobić na zielonego mutanta, co stara się sabotować pracujący tam Hindus dr. Dahlashm (nawiasem mówiąc, postać kompletnie nie pasująca do gierkowego pierwowzoru).

W ogóle na początku filmu jest sporo patosu i ostrej wymiany zdań między Bisonem a Guliem za pośrednictwem telewizji (zupełnie jak w polskiej polityce), w czasie której poznamy Chun-Li, robiącą za dziennikarkę. Widać więc, że cała pierwsza połowa filmu to ledwie pretekst do zaprezentowania (w nudny sposób) publice postaci, które ku jej uciesze będę się potem kopały do upadłego…

Nie uprzedzajmy jednak faktów, bo następnie widzimy jak dwóch cymbałów (Ryu i Masters) próbuje w jakiejś zatłoczonej spelunie, gdzie odbywają się nielegalne walki, skroić jednookiego szefa wszystkich szefów w mieście Sagata (Wes Studi), na zakupie giwer strzelających… piłeczkami. No to więc za próbę oszustwa muszą zapłacić pojedynkiem z Vegą (taki facet z metalowej masce i stalowymi rękawicami z pazurami) ale szybko bijatykę (w rytmie walczyka) przerywa pułkownik Guilie wjeżdżając czołgiem na arenę.

Wkrótce nasz amerykański pułkownik z holenderskim akcentem wpada na „genialny” pomysł: przekabaci na swoją stronę tych dwóch kretynów, po czym swinguje ich ucieczkę tak, aby zaprowadzili go do Bisona.

W międzyczasie Chun-Li (której towarzyszy gruby sumoka Honda i jakiś tam kick-bokser) włamuje się do kwatery głównej AN, gdzie wpada na pogawędkę z Guliem (który w międzyczasie upozorował swoją śmierć, cały czas leżąc w kostnicy), gdzie wychodzi że nasza duża Chinka chce się zemścić na Bisonie za jakieś sprawy z przeszłości, ale równie szybko wchodzi jak wychodzi.

Bison tymczasem sobie urządza imprezkę połączoną z obwoźnym handlem bronią, na której z szefem szefów ubija interes, płacąc dolarami własnej produkcji („Bank Anglii wymieni je na funty po kursie 1:6, gdy porwę ich królowe” – tak objaśnia Bison swój biznesplan). Trzeba tu wspomnieć że Raul Julia mocno zaszarżował podczas wcielania się w rolę tego świrniętego megalomana, co nie powinno dziwić gdyż był to jego ostatnia rola w życiu i w związku z tym postanowił się wykazać. W niczym to jednak nie przeszkadza, nawet dodaje jeszcze więcej sera i humoru do filmu.

„Czy naprawdę ja wyglądam na wariata..?”

Tymczasem Chun Li i jej ekipa dokonują „małej” dywersji (czytaj: pędząca ciężarówka z dynamitem), ale wszystko kończy się tym, że i tak wpadają w łapska Bizona (pewnie z powodu grubego Hondy nie mogli za szybko uciec).

Poszedłem sobie w międzyczasie do lodówki po piwo, a tu amerykański pułkownik (z holenderskim akcentem) organizuje ekipę do odbicia zakładników. Ale o oto przychodzi (a raczej przypływa łódką) jakaś stereotypowa biurwa płci męskiej w okularach, i oznajmia Guliemu, że jest zwolniony ze stanowiska dowódcy i że akcji nie będzie, bo AN wypłacą Bisonowi okup.

Guilie szybko nawija najbardziej kiczowatą przemowę motywacyjną w historii, mówiąc z akcentem holenderskim po angielsku, a kamera raz za razem pokazuje przebitki pokazując żołnierzy AN z różnych krajów, że aż prosi się aby ktoś zanucił „We are the world…” (dla tych co nie pamiętają: taki jeden utwór zagrany charytatywnie przez artystów na zasadzie pospolitego ruszenia w zamierzchłych czasach, kiedy Michael Jackson był jeszcze czarnoskóry). Oczywiście przemowa daje skutek i ochoczo światowy hufiec rusza do boju na łodziach zostawiając w.w. biurwę w stanie konsternacji pomieszanej z paniką.

 

„Kto brał kluczyki do Gromu bez pytania…? Przyznać się!”

Szybko dały znać o sobie ograniczenia budżetowe: zamiast rozpierdzielu z powietrza Guilie pływa po miejscowym bajorze jakąś supermotorówką. W scenariuszu miał być pewnie jakiś „wypasiony” F117, ale gdy budżetu brak, to trzeba pożyczyć Grom z Raju (A gdzie jest tu Hulk Hogan?? Ja chce Hulka Hogana! Każdy durny film z jego udziałem staje się zabawniejszy!) Rakiety, miny i pociski z działek fruwają tu i ówdzie, ale i tak i na koniec Bison dziarsko odpiera atak Guliego przy pomocy konsoli do gier, krzycząc tryumfalnie „Game Over!”.

Potem Bison ucina sobie pogawędkę z Chun-Li (która przebrała się w międzyczasie w strój z gry) gdzie wspominają sobie stare dobre czasy, gdy Bison zamordował rodzinę Chun Li, zakończoną napierniczanką którą przerywa pojawienie się ekipy tych dwóch cymbałów z początku. Jak przystał na czarnego charaktera rodem z komiksu, Bison błyskawicznie zagazowuje całą naszą ekipę.

„Szczerze mówiąc, to z filmów 3D najbardziej lubię tylko ‚Avatara’ i ‚Odlot'”

Ale w tym samym czasie oddziały AN dokonują głośnego desantu i mamy wreszcie finałową rozperdówę na którą czekaliśmy tyle minut. Tylko że znowu więcej śmiga kul, niż nóg i pięści.

Finałowy showdown Guliego z Bisonem wreszcie zaczyna dawać nam to, czego można by się spodziewać bo adaptacji gry „bijatykowej”, łącznie z lewitacją i kopami z doskoku. Oprócz tego Vega i szef szefów Sagat napierdzielają się z tymi dwoma durniami z początku, a Zangief z Hondą. W tle całej rąbaniny (swoją drogą: skoro frontalny atak Dobrych na siedzibę Złego mógł załatwić sprawę za pierwszym razem, to czemu od razu tak nie zrobiono? Ech, lenistwo scenarzysty…) przez megafon przypomina się żołnierzom o tym aby nie zapomnieli o wykupieniu ubezpieczenia na życie.

Łubu-dubu po pewnym czasie się kończy, Bison ginie (?) spektakularnie, Sagat staje się bankrutem, Blanka umiera heroicznie wraz Dhalshamem, cała armia Bisona się poddaje, a Gulie tryumfuje. Na zakończenie cała ekipa pod wezwaniem CapComu robi sobie pamiątkową fotkę i… KONIEC! W tym momencie otworzyłem ostatnie piwo i zakąsiłem ostatnim nacho (polecam z dipem o smaku chili!), a napisy końcowe komentował zza kadru w rytm rapu jakiś DJ rzucający czerstwe dowcipy w stylu „ilu żołnierzy Bisona trzeba do wkręcenia żarówki”. Warto było doczekać do końca, gdyż Bison szykuje się na mały „replay”. No cóż, skoro jesteśmy w klimatach gier komputerowych, to nie powinno nas dziwić że w tym przypadku zawsze w przypadku niepowodzenia można zacząć od początku…

„I’ll be back!

Jednym zdaniem: fajny zły film, ale tylko po kilku piwach i dla miłośników kina kopanego i/lub pierwowzoru.

Cytaty z filmu warte zacytowania:

-Szybko, zmieńcie kanał! (Zangief widząc na monitorze ciężarówkę z materiałami wybuchowymi)

 

-Warkoczyki…? (Chun Li)

-I kto to mówi. (Cammy)