Blog Doktora No

Blog geeka o komiksach, filmie, anime oraz nauce i technice.

ZŁE FILMY: Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki

  • English (United States)
  • Polski

Dzisiaj wyjątkowo będzie mniej zgrywy, a więcej refleksji gdyż zajmiemy się dziś sprawą bezczelnego wyzyskiwania klasyki popkultury, jakim jest film „Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki”.

Jak powszechnie wiadomo popkultura lat osiemdziesiątych, która ukształtowała krajobraz masowej rozrywki po dzień dzisiejszy, wydała na świat postać Indiany Jonesa, dzielnego archeologa wzorowanego na postaciach ze starych filmów i seriali klasy B z lat 30-stych i 40-stych XX wieku, stworzonego przez Georga Lucasa, w którego role wcielił się niezapomniany Harrison Ford. Przygody te, reżyserowane przez Stevena Spielberga, stały się wręcz inspiracją dla całego pokolenia obecnych 30 – 40 latkówi i po prostu klasyką dobrego kina przygodowego. Z kronikarskiego obowiązku warto przypomnieć że nakręcono w latach 80-tych XX wieku łącznie trzy filmy z serii: „Poszukiwacze Zaginionej Arki”, „Indiana Jones i Świątynia Zagłady” i „Indiana Jones i Ostatnia Krucjata”, a następnie mniej lub bardziej udane gry komputerowe (wśród nich klasyk przygodówek „point-and-click”, pt. „Indiana Jones and The Fate of Atlantis”) oraz średnio udany wysokobudżetowy pseudoedukacyjnyii serial telewizyjny „Kroniki Młodego Indiany Jonesa” w latach 90-tych.„Poszukiwaczy…” obejrzałem pierwszy raz jako dzieciak, w na sylwestra 1993/94 roku w polskiej telewizji, i wtedy wywołał na mnie duże wrażenie. Lata potem, gdy jako dorosły zrobiłem sobie maraton trylogii o przygodach Indiany, musiałem stwierdzić, że nie jest to kino na współczesne warunki oszałamiające, gdyż się zestarzało – to raz – a dwa jest to nic innego jak uwspółcześniona wersja wspomnianych na początku tanich seriali przygodowych z lamusa.

Jednak owe „makulaturowe” (bo tak można przetłumaczyć przymiotnik „pulp” używany w Ameryce na określenie tego typu dzieł) źródło zostało przez Spielberga i Lucasa odświeżone i co najważniejsze, uszlachetnione, tak że stało się samo z siebie kreatorem kanonu współczesnego kina przygodowego i kina akcji. Można śmiało powiedzieć, że jak na marność konwencji „brodate dzieciaki” wycisnęły z niej ostatnie soki i po prostu wyczerpały temat.

W ostatniej części trylogii, po odnalezieniu Świętego Graala, Indiana i jego ojciec w stylu iście westernowym pogalopowali w kierunku zachodzącego słońca i udali się na zasłużoną emeryturę, przerwaną jedynie przez wspomniany na początku serial i gry…

I było dobrze.

Do czasu. Bo George Lucas nie zdzierżył i musiał powiedzieć jeszcze jedno, niepotrzebne słowo. Po prostu musiał, i jeszcze do tego wciągnął Spielberga. Po co to zrobił? Czyżby chciał pokazać światu, że jeszcze się liczy w show-biznesie, mimo konsekwentnego odcinania kuponów przez ostatnie lata i braku świeżych pomysłów? A może po prostu chciał zarobić jeszcze więcej? W każdym razie świerzbiące rączki Lucasa wyprodukowały coś, co miało być hołdem złożonym kinu science-fiction lat 50-tych zeszłego wieku, powrotem znanego i lubianego bohatera i dodatkiem do słynnej trylogii, a w ostateczności jest… strasznym bublem.

Niniejszy obrazek nie jest związany z filmem. Przedstawia on jednak (w pewnej przesadzie) reakcję autora na to co zobaczył.

Co jest tu złe? Przede wszystkim Lucas serwuje nam tu odgrzewany kotlet. I to bardzo niestrawny, nieświeży i przeleżakowany przez prawie 15 lat na swoim biurku fabularny kotlet w którym daje znać o sobie brak zdecydowania co do kierunku, w którym ma iść to całe przedsięwzięcie. Widać wyraźnie wpływ manii na punkcie „Archiwum X” i tym podobnych rzeczy związanych z UFO, popularnymi w latach 90-tych XX wieku, ale teraz (lata dwutysięczne i dziesiętne) to wszystko razi pewnym anachronizmemiii. Niezdecydowanie objawia się tym, że o to mamy niby coś o kosmitach z Zimną Wojną w tle a z drugiej strony wracamy na „stare śmieci”, czyli szukamy starożytnych ezoterycznych artefaktów.

Zawsze uważam, i będę uważał, że każde dzieło sztuki (w tym popkultury) ma swój czas, w którym funkcjonuje bez zarzutu w świadomości odbiorców, ale wystarczy rozminąć się nawet o kilka lat z premierą, i odbiór dzieła idzie w łeb (to niebezpieczeństwo groziło „Avatarowi” Camerona, który czekał na realizacje 14 lat).

Czas Indiany Jonesa już dawno minął, bo konwencja stała się oklepana i zbyt często naśladowana, a widownia ma, nie zawsze wyższe, ale po prostu inne, oczekiwania. Jak by tego było mało Indiana doczekał się godnego siebie następcy w popkulturze w postaci Lary Croft, będącej przy tym symbolem seksu epoki gier komputerowych. Kino klasy B i towarzyszące im motywy popkulturowe znajdują swoje ujście w nowym medium, czyli grach komputerowych, albo po prostu obumarły i nie budzą już zainteresowania. Po co więc remiksować i ożywiać po raz kolejny te motywy w kinie? Był to zresztą ostatni okres w historii, w którym można było w blockbusterze z Hollywood poumieszczać kolonialne stereotypy i fantazje w stylu „Hindusi wcinający węże”… Teraz ten numer nie przejdzie.

Dodatkowo reżyser Steven Spielberg najwyraźniej „wyrósł” z takich filmów, i dlatego nie ma już nic ciekawego do powiedzenia w tym temacie (ale trzeba przyznać że „Królestwo…” najbardziej błyszczy tam, gdzie widać jego charakterystyczne chwyty filmowe, zresztą film wygląda tak, jakby pierwsza połowa była zrobiona przez niego, a druga przez Lucasa). Już od końca lat 80-tych interesują go widowiskowe dramaty, począwszy od „Imperium Słońca” i „Listy Schinglera”, a na „Monachium” skończywszy. George Lucas tymczasem coraz bardziej infantylnieje, czego przykładem niech będą prequele “Gwiezdnych Wojen” (polecam recenzje „psychopaty” Plinketta, gdzie czarno na białym udowodniono, że są kiepskimi filmami).

Reasumując, wychodzi na to, że, jeśli tak się dobrze zastanowić, to ten film wcale nie musiał być nakręcony. A to już bardzo zły znak, pokazujący wadliwość samego pomysłu na zrobienie tego filmu od samego jego początku.

Niech ktoś ich powstrzyma, zanim zrobią piątą część!

I trzeba sobie zadać następne poważne pytanie: o czym ma być tego typu film? Na pewno ma być rozrywkowym spektaklem, ale kolorowe obrazki to za mało, bo potrzebna jest więź emocjonalna widza z fikcyjnymi postaciami, wtedy to bowiem mogą widzowie zanurzyć się w fikcyjny świat i go podziwiać. Indiana jest jak James Bond – jest ucieleśnieniem i projekcją fantazji mężczyzn o samych sobie ; czyli jest inteligentny, przystojny i heroiczny.

I dlatego Harrison Ford jest już za stary do roli Indiany, tak samo jak Clint Eastwood jest za stary do roli Brudnego Harrego. Wiek nie przekreśla aktorskiej kariery, tylko że Eastwood nie biega już z dużą spluwą, a zajmuje się rolami oldboyów w dramatach („Za wszelką cenę”, „Na linii ognia”, „Krwawa profesja”, „Kosmiczni Kowboje”), a Harrison Ford w „Królestwie…” wygląda po prostu jak emeryt w przebraniu Indiany na zabawie karnawałowej (lub na Halloween – wszak tępy walec amerykanizacji idzie raźno do przodu przez świat)… W efekcie film ma geriatryczny posmak, silnie kontrastujący z faktem że pierwotna kanwa była pomyślana dla młodego widza (i dorosłego, chcącego na moment poczuć się młodziej).

Niby w „Królestwie…” jest znany i lubiany motyw z pierwszej i trzeciej części trylogii, czyli Indiana poszukujący obdarzonego niezwykłą mocą starożytnego artefaktu na który to dybią agenci totalitarnego państwa (wtedy naziści, tu komuniści), aby go wykorzystać do opanowania świata. Problem tylko w tym, że Zimna Wojna była bardziej dwuznaczna moralnie, chociażby z tego względu że Amerykanie zrzucali napalm na Wietnam i wspierali prawicowe dyktatury w Ameryce Południowej… A główny „czarny charakter” to przecież patriotka odznaczona medalami za służbę swemu krajowi, która chce mieć super-broń dla obrony swego kraju, bo Amerykanie pierwsi zdobyli tą czaszkę (nie mówiąc o bombie atomowej).

Coś tu nie gra, prawda? Przy całej negatywnej ocenie sowietyzmu, czy mam traktować to co robią jak zło absolutne, skoro Amerykanie zrobili dokładnie to samo? Skoro Zimna Wojna była bardziej ambiwalentna moralnie (czego Lucas i Spielberg są świadomi, bo to widać na filmie), to po co Lucas w ogóle osadzał akcje w tym okresie historycznym? W tego typu spektaklach szeroka publiczność oczekuje klarownego podziału na dobro i zło, w ten sposób ma większą przyjemność oglądania.

Poza tym fabuła sama w sobie jest nadmiernie przewidywalna (nie twierdze, że poprzednie filmy nie były nieprzewidywalne!) – a to dlatego że tempo pokazywania widzowi tego, czego ona dotyczy jest za szybkie, chociażby dlatego że od początku wiemy w czym rzecz. To odbiera całą przyjemność oglądania. Jedną z przyjemności dla widza jest antycypacja pewnych wydarzeń, połączona z budowaniem suspensu i przeżywaniem atmosfery tajemniczości, którą to sprawny scenarzysta może się zabawić, wprowadzając zwroty akcji i niespodzianki (ang. „plot twist”).

Ponarzekaliśmy sobie na zaczyn fabuły, teraz pola na stronę wizualną. Bo, tu niestety mamy niezłą kichę, od komputerowych świstaków na początku, po komputerową dżunglę i komputerowe UFO na końcu z komputerowymi kosmitami.

W rezultacie przerysowanych wizualnie scen rodem z kreskówek i gier wideo jest w filmie sporo, co zastanawia, jak to jest możliwe, że tak potężne narzędzie tak bardzo ogranicza twórców, powodując że realistyczna grafika komputerowa wygląda paradoksalnie nierealistycznie…? Wygląda to po prostu głupio, np. pojedynek na miecze na dwóch pędzących dżipach, czy latanie na linach w stylu Tarzana, co jest pewnie pomysłem samego Speca Od Rozpieprzania Własnych Dobrych Pomysłów, Mr. Georga Lucasa, który lubi upychać ile się da elementów niezwiązanych z fabułą aby popisać się możliwościami swojego prywatnego studia efektów specjalnych. Zresztą sam pomysł aby syna Indiany Jonesa – niebieskiego ptaka jeżdżącego na Harleyu, zakutanego w skórzaną kurtkę pożyczoną od Merlona Brando z filmu „Dziki” – zagonić do roboty na ekranie, jest po prostu nieprzekonywujący i naciągany jak guma w gaciach sumoki.

A najbardziej kretyńska jest scena, w której Indiana kryje się przed wybuchem atomowym w lodówce (!), która wzniesiona przez falę uderzeniową koziołkuje kilkaset metrów w górę, tak że jemu nic się nie staje. Tu już nie zawiodły nadużywane komputery, tu zawiódł sam pomysł na scenę. I to jest dobry przykład na rozbicie w pył całej popkulturowej mitologii Indiany Jonesa przez twórców – widz może łatwiej przełknąć motywy w stylu gniewu Boga w Arce Przymierza, mrocznego kult bogini Kali czy Świętego Graala dającego zdrowie i wieczne życie, gdyż mają one charakter nadprzyrodzony i transcendentny, ale kiedy wrzuca się do filmu z Indianą rzeczy będące jawnym naruszeniem zdrowego rozsądku i doświadczeń ze świata realnego oraz praw fizyki (bo z grubsza wiadomo co może zrobić bomba atomowa), wówczas nikt nie może tego przełknąć i cała misterna konstrukcja staje się dymiącym wrakiem. 

Przejdziemy teraz do następnego punktu programu, czyli do aktów przemocy. Przemoc w filmach o Indim zawsze była, ale w starszych, co ciekawe, była bardziej realistyczna i bezpośrednia (czytaj: Indy ukatrupił więcej osób niż w „Królestwie…”). Dlaczego ją w omawianym przypadku stonowano? Bardzo proste. Twórcy wykalkulowali sobie, że trzeba film opchać młodszej publiczności, bez bulwersowania ich rodziców, których to dzieci naciągają na kupowanie im zabawek i innych gadżetów związanych z filmem, wyprodukowanych w Chinach z głodowe pensje. Zaznaczam że nie jestem jakiś krwiożerczym maniakiem , a jedynie dla dobra analizy muszę stwierdzić, że przemoc w niektórych kontekstach jest heroiczna, a jak wspominałem kilka paragrafów wcześniej heroizm bohatera jest tym, czego oczekuje publiczność. Tak więc brak heroicznej przemocy powoduje, że film znowu ma problem z dotarciem do niej…

I wreszcie mamy koniec naszego filmidła, stary Jones poślubia starą Ravenwood, synek ma chrapkę by stać się następcą ojca, ale „stary” jeszcze jest jeszcze „jary” więc nie tak szybko na zmianę pokoleniowej warty. Czyżby Lucas i Spielberg chcieli nas obdarzyć piątym filmem z serii…? Miejmy nadzieje że nie!

Reasumując, „Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki” to dobry przykład na to, co jest źle w współczesnym Hollywood – remakeowanie starych tytułów i niepotrzebne wskrzeszanie staroci, połączone z brakiem wizji, rozdętymi budżetami (które de facto ograniczają twórców, bo producenci naciskają aby dzieło było bardziej strawne dla szerokiej publiczności, aby koszty się zwróciły w kinach, na czym cierpią bardziej wyrobieni widzowie) i nadmierną ufnością w efekty specjalne i 3D, dodatkowo przygwożdżone brakiem świeżych idei. Brzmi długo – ale moim zdaniem tak to po prostu wygląda…

PS. W tzw. międzyczasie Plinkett opublikował swoją dogłębną recenzje „Królestwa…”, w niektórych punktach dochodząc do podobnych wniosków co ja.

Exactly Mr.Plinkett, exactly!

Jednym zdaniem: Ten film nie powinien powstać!

iCzego przykładem niech będzie ten wątek z form indiana-jones.pl.

iiGeorge Lucas często cierpi na manie wielkości połączoną z lekkim oderwaniem od realiów, gdyż zaproponował ostatnio (zgodnie z początkową koncepcją), aby ów serial był pomocą edukacyjną w nauczaniu historii dla amerykańskiej młodzieży szkolnej…

iiiZresztą mogło być inaczej (albo gorzej, biorąc pod uwagę podejście Lucasa…) – pierwotnie czwarta część mogła zawierać gigantyczne mrówki, a trzecia miała być poświęcona szukaniu Małpiego Króla z chińskich legend w Afryce (lub rozgrywać się w nawiedzonym zamku).

 

4 thoughts on "ZŁE FILMY: Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki"

  1. Ninja napisał(a):

    Moim zdaniem Twoja negatywna ocena wynika z tego, że przeciwnikami Indiany, którzy twoim zdaniem nie byli tacy źli, bo Amerykanie robili dokładnie to samo.

    -Amerykanie odmawiali narodom praw do istnienia?
    -Amerykanie głodzili miliony swoich obywateli ( vide głód na Ukrainie)?
    -Amerykanie dokonywali wysiedleń całych narodów?
    -Amerykanie mordowali jeńców w liczbie dziesiątek tysięcy?

    Nie, nie robili tego. Te wszystkie rzeczy robili komuniści sowieccy. Jeszcze gorsze rzeczy robili komuniści chińscy, o khmerskich nie wspomnę.

    Ja lubię ten film właśnie dlatego, że źli są komuniści. O ich zbrodniach i oczywistym złu powinno powstać znacznie więcej filmów. W porównaniu bowiem do filmów o nazistach komuniści jako bad guys są niedoreprezentowani.

    1. Doktor No napisał(a):

      Oj oj, naprawdę uważasz że to z tego powodu? :roll:

  2. IJ napisał(a):

    Koleś czy ty masz coś z głowa ?! Jestem fanka Indiana Jones i powiem ci że piszesz tu same bzdury ! Serio ?!?!?! Ten genialny film może ci sie oczywiście nie podobać ale nie musisz o nim pisać takich bzdur ! Co za absurd ! :evil:

    1. Doktor No napisał(a):

      Nie bardzo rozumiem zarzutu, przecież uważam oryginalną trylogię za klasykę i znakomitą rozrywkę, i to właśnie dlatego nie podoba mi się trzaskanie sequeli i remaków na siłę po kilkudziesięciu latach…

Comments are closed.