„RoboCop” (1987), „RoboCop 2” (1990), „RoboCop 3” (1993)

  • English (United States)
  • Polski

Kino popularne lat 80-tych XX wieku najprościej jest scharakteryzować następującym opisem: bohaterowie rodem z komiksów, kupa eksplozji, miliony wystrzelonych naboi i przerost formy nad treścią, a przy tym wszystko po prostu superzabawne! (Ale nie zawsze tak, jak chcieli by tego twórcy :grin: )

Teraz, gdy w kinach w chwili pisania tych słów jeszcze „grają” w kinach remake „RoboCopa”, na chwile przypomnijmy sobie klasyka z 1987 roku o przygodach „Człowieka – maszyny, maszyny – człowieka, w całości policjanta” (w Polsce znanego też jako „Superglina” lub „Policyjny Gliniarz”), który rozpoczął serie coraz mniej udanych, i coraz bardziej żenujących sequeli, seriali, komiksów i zabawek. A więc zaczynamy! :mrgreen:

„RoboCop” (1987)

robocop_xlgW 1984 roku scenarzysta, Edward Neumeier, postanowił zrobić film o policjancie który stał się robotem w Ameryce niedalekiej przyszłości zdominowanej przez potężne korporacje, idąc na fali popularności „Terminatora” Jamesa Camerona, również wyprodukowanego przez wytwórnie Orion Pictures.

Na początku film miał pewne problemy z rozpoczęciem produkcji, gdyż każdy reżyser odrzucał scenariusz i o produkcji nie było mowy, dopóki, dopóty nie trafił w ręce przebywającego w USA Holendra Paula Verhoevena, który początkowy też wyrzucił scenariusz do kosza, ale – pod wpływem swojej żony – przemyślał sprawę, i zgodził się na przeniesienie go na ekran, dorzucając swoje trzy grosze w postaci ironicznego spojrzenia z boku na amerykańskie społeczeństwo i zdrowej dawki przemocy ocierającej się o groteskę.

Reszta to popis aktorski Petera Wellera (wystąpił wcześniej w filmie „Buckaroo Banzai”), który wcisnął się z trudem w kostium RoboCopa po wielotygodniowym treningu z mimem, kunszt specjalistów od animacji poklatkowej z Tippet Studios (pracującego wcześniej nad „Gwiezdnymi Wojnami”) oraz tragiczno-heroiczna symfoniczna ścieżka dźwiękowa Basila Polidoriusa (który skomponował ścieżkę do filmów „Conan” i „Polowanie na Czerwony Październik”) z motywami elektronicznymi:

Kapitalnie genialnie rozwiązano problem wprowadzenia widza w świat filmu, zrobiono to poprzez wklejanie fragmentów dziennika TV i reklam (ten pomysł został potem rozwinięty i wykorzystany w „Żołnierzach Kosmosu”), i tak w jednej scenie redaktor dziennika „MediaBreak” życzy wszystkiego najlepszego umierającemu policjantowi, a po chwili widzimy scenę w szatni na komisariacie, gdzie komisarz zbiera z szafki rzeczy właśnie zmarłego funkcjonariusza, a policjanci narzekają na warunki służby po przyjęciu policji przez OCP, i planują strajk.

Jest to wręcz fenomenalne posunięcie, bo za jednym zamachem widzimy urągające przyzwoitości, ogłupiające korporacyjne media, posuniętą do absurdu prywatyzacje usług publicznych i szalejącą przestępczość. A w przerwach reklamują się prywatne kliniki wszczepiające sztuczne serca i producenci gier planszowych dla całej rodziny o wojnie atomowej (w tamtych czasach bardzo czytelna satyra na brak poczucia powagi sytuacji międzynarodowej w amerykańskim społeczeństwie) i nowe samochody o niewiarygodnie nieekonomicznym zużyciu paliwa…

W chwile potem przenosimy się do siedziby koncernu Omni Consumer Products w popadającym w ruinę Detroid na którego gruzach OCP chce wybudować utopijne, futurystyczne miasto Delta City. Tam, pewny siebie członek rady dyrektorów, Dick Jones, prezentuje prototypowego robota policyjnego ED-209, co, na wskutek błędów konstrukcyjnych prototypu, kończy się przerobieniem jednego z członków rady na krwawą miazgę.

ED-209 i Dick Jones w całej swej okazałości.

ED-209 i Dick Jones w całej swej okazałości.

Nawiasem mówiąc, ED-209 był inspirowany robotami z japońskiego anime (a dokładniej: mechami z „Macross”), z celowo wprowadzonymi błędami konstrukcyjnymi i obdarzonym zbyt potężną siłą ognia, służąc jako metafora nieudolnych produktów amerykańskiego przemysłu samochodowego i militarnego.

Tymczasem dyrektor wydziału Koncepcji Bezpieczeństwa OCP, Bobbie Morton (Miguel Ferrer), ma propozycje zastępczą w postaci projektu „RoboCop”, wykorzystującego mózg człowieka. Po zatwierdzeniu go przez prezesa prezesów zwanego Starym Człowiekiem (Dan O’Herlihy), i wykorzystaniu mózgu świeżo zamordowanego przez multietniczną bandę Clarence Boddickera (Kurtwood Smith) funkcjonariusza Alexa Murphiego (Peter Weller), RoboCop rusza na ulice Detroit, rozgramiając gwałcicieli, złodziei i handlarzy narkotyków swoim pistoletem AUTO-9 i tytanowym pancerzem.

Bohater filmu w akcji.

Bohater filmu akcji w akcji.

Z czasem jednak pod obudową korporacyjnego cyborga-„supermena” sterowanego komputerowo odgórnie trzema jawnymi dyrektywami (i jedną tajną) zaczyna budzić się proletariacki „everyman”, który rzuca wyzwanie odgórnym siłom kontrolującym go i swoim oprawcom. Reszta rozgrywa się zgodnie ze schematem kina akcji, czyli trupem ścielącym się gęsto, dużą ilością czerwonej farby i zasłużonymi brutalnymi końcami karier gangstera Boddickera i dyrektora Jonesa.

Owa brutalność spowodowała, ze organizacja MPAA przyznała mu rating „X”, więc aby nie zaszufladkować filmu na jednej półce z „pornusami”, kilka scen wycięto i sprowadzono przez to film do kategorii „R”. Jednak przemoc nie służy tu jedynie tylko epatowaniu publiczności, gdyż jest konsekwentnie umieszczona w kontekście satyrycznym, będąc tym samym metaforą na brutalizacje współczesnego społeczeństwa przez wolnorynkową konkurencje.

Konsekwentnie ostrze satyry zostało skierowane w kierunku wielkich korporacji i ich menadżerów, w efekcie skorumpowanym „garniturom” z OCP bliżej jest do „American Psycho” niż do „Wilka z Wall Street”. Są przedstawieni jako grupa egoistów, lubujących się w nowobogackich ekscesach i luksusach, a przy tym będących kompletnie amoralnymi dusigroszami, bardziej zatroskanymi dodatkowymi kosztami, niż śmiercią człowieka i gotowymi się wzajemnie pozabijać aby osiągnąć sukces.

Peter Weller jako Robocop i Paul Verhoeven na planie zdjęciowym.

Peter Weller jako Robocop i reżyser Paul Verhoeven na planie zdjęciowym.

Reasumując, oryginalny „RoboCop” z 1987 roku jest po prostu dobrze zrobionym filmem, w którym akcja przeplata się z groteską, satyra społeczna z efektami specjalnymi a humor z dramatem, i to bez żadnych zgrzytów (za wyjątkiem nieuchronnych drobnych usterek spowodowanych napiętymi terminami i budżetem i po prostu wiekiem filmu) i bez niekonsekwencji stylistycznych i przepraszania za to czym jest.

Trudno z nostalgią nie wspominać czasów kiedy mniejsze wytwórnie, takie jak Orion Pictures, mogły pozwolić sobie na większe ryzyko w sektorze filmów średniobudżetowych, produkując filmy bardziej zgodne z wizją twórców niż wymaganiami rynku. Obecnie Holywood jest zmonopolizowane przez wielkie wytwórnie produkujące sformatowane pod grupy docelowe „superprodukcyjniaki”, w których mowy nie ma o żadnej swobodzie artystycznej, ze względu na sformatowanie pod kontem grupy odbiorców gwarantującej zwrot pieniędzy.

Trzeba z przykrością stwierdzić, że koszmarna wizja przyszłości z „RoboCopa” się spełniła, a nawet wręcz rzeczywistość ją przerosła: Detroit należy do najbardziej zaniedbanych i najbardziej ogarniętych przestępczością miast USA, realna pensja w tym kraju jest nawet niższa niż 40 lat temu, masowe bezrobocie, skurczenie się klasy średniej, głęboka recesja, niepotrzebne wojny na Bliskim Wschodzie, histeria na punkcie terroryzmu i przestępczości przez którą to Ameryka zbliża się niebezpiecznie do państwa policyjnego, rekrutowanie młodych Amerykanów do armii przy pomocy gier komputerowych, likwidowanie „wrogów państwa” przy pomocy dronów, masowa inwigilacja społeczeństwa przez tajne służby… To wszystko wygląda jak plan zdjęciowy mrocznego filmu SF, tylko że – niestety! – jest to nasza szara rzeczywistość. I nie folgujmy sobie, bo w Europie jest niewiele lepiej, z powodu tych samych trendów w polityce, gospodarce i społeczeństwie, potocznie zwanych neoliberalnym turbokapitalizmem.

„RoboCop 2” (1990)

robocop_two_ver2

Sukces pierwszego filmu o RoboCopie nie pozostał bez echa, wytwórnia Orion Pictures błyskawicznie zabrała ekipę produkcyjną (Paul Verhoeven odmówił reżyserowania).

Sequel ma mocne atuty: kompetentnego reżysera – Irvina Kershnera (znanego z reżyserowania „Imperium Kontratakuje”), większy budżet, większą ilość eksplozji i strzelanin i jeszcze więcej groteskowej przemocy i zajadłej satyry.

Niestety, scenariusz nieco kuleje, zamiast jasnej i prostej fabuły otrzymujemy klaster kilku mniejszych fabułek spiętych postacią głównego bohatera i jego największego wroga w tym odcinku, psychotycznego handlarza narkotykami Caina (Tom Nooan).

Na początku z dziennika TV „MediaBreak” dowiadujemy się o pladze, jaką jest nowy narkotyk o nazwie Nuke, którego produkcje w Detroit kontroluje gang Caina, a w międzyczasie policjanci strajkują, z wyjątkiem oczywiście RoboCopa i jego partnerki, posterunkowej Lewis (tak jak poprzednim razem granej przez Nancy Allen).

W efekcie stare Detroit popada w chaos, a OCP szykuje się do ostatecznego przejęcia na własność całego miasta. Zdesperowany burmistrz Kuzak (nieco histerycznie grany przez Willarda E. Pugha) w poszukiwaniu brakujących funduszy organizuje zbiórkę pieniędzy wśród mieszkańców, a obok tego OCP planuje stworzyć nowego, potężniejszego, cyborga RoboCopa II, ale niestety wszystkie prototypy po prostu wariują i popełniają samobójstwa. Jako że pacyfikacja Detroit jest priorytetem dla OCP, doktor Faxx (Belinda Bauer) planuje wykorzystać do budowy nowego cyborga mózg psychopaty, i wkrótce znajduje kandydata w postaci Caina, który znajduje się w szpitalu po aresztowaniu go przez RoboCopa…

Więcej akcji, więcej demolki, ale czy przez to film jest lepszy?

Więcej akcji i więcej demolki, ale czy przez to film jest lepszy od pierwowzoru?

Ten cały fabularny galimatias był wynikiem tego, że napisanie scenariusza zlecono znanemu amerykańskiemu komiksiarzowi Frankowi Millerowi („Ronin”, „Mroczny Rycerz”, „300” „Sin City”, twórca postaci Elektry), którego „wypociny” były po prostu niefilmowalne. W efekcie wytwórnia poszlachtowała pomysły Millera tak aby jakoś złożyć z nich coś w miarę sensownego… Część pomysłów przeniesiono do infantylnego „RoboCopa 3”, a po ponad 12 latach w całości przeniesiono oryginalny scenariusz Millera na łamy mini-serii komiksowej (koszmarnej!) opublikowanego przez „Avatar Press”.

Przedtem scenariusz pod roboczym tytułem ”RoboCop 2: Corporate Wars” napisała ta sama ekipa co poprzednio, czyli Ed Neumeier i Miner. Był jednak pełen naciąganych pomysłów (RoboCop miał być poważnie uszkodzony, zahibernowany, i zrekonstruowany po latach w innym świecie, rządzonym w całości przez korporacje, gdzie miasta zamieniono w konsumenckie kompleksy zwane „plexami”) i zbyt problematyczny aby go zrealizować. Neumeier i Miner opuścili ekipę „RoboCopa 2” i to akurat w trakcie strajku scenarzystów w Hollywood, przez co wybór na scenarzystę padł na Franka Millera, który miał już podpisany kontrakt z wytwórnią współpracującą z Orion Pictures. Sam Miller ma nawet występuje na moment w filmie, jako „Frank”, laborant w fabryce narkotyków.

Innym problemem „RoboCopa 2” jest zauważalny brak podstawowego motywu pierwszego filmu, czyli odzyskiwania tożsamości i kontroli nad sobą przez głównego bohatera, który w sequelu jest kimś w stylu typowego superbohatera z amerykańskiego komiksu toczącego walkę z super-wrogiem według najprostszego możliwego schematu „pierwsza konfrontacja – porażka – zebranie sił – ostateczna rozgrywka”…

Inne drobne niekonsekwencje świadczą niezbicie o zerwaniu ciągłości z poprzednim filmem; np. na początku „MediaBreak” informuje o wdrażaniu ED-209 w amerykańskich miastach, a mimo to nie widzimy potem „edka” ani minuty dłużej na ekranie, czy spotkanie Murphiego z byłą żoną mieszkającą w suburbiach, mimo iż w poprzednim filmie wyraźnie było powiedziane, że wyprowadziła się z Detroit. Innym zgrzytem jest nieco melodramatyczna ścieżka muzyczna Leonarda Rosenmana:

Społeczna satyra, z której znana jest cała seria filmów, nabrała lekkości wagonu ołowiu, na co przykładem jest początkowa scena, w której RoboCop rozprawia się z bandziorami korzystającymi z okazji jaką jest strajk policji; mianowicie w rabowanym sklepie z bronią można całkiem legalnie kupić wyrzutnie pocisków rakietowych… (z których złoczyńcy chętnie korzystają – nieskutecznie – przeciw bohaterowi)

Po pierwszej konfrontacji z gangiem Caina RoboCop zostaje zrekonstruowany i pod naciskiem organizacji pozarządowych przeprogramowany na bardziej familijnego cyborga (niewykluczone że była to parodia autentycznej presji ze strony organizacji rodzicielskich na Orion Pictures, gdyż w tym samym czasie ukazywały się kreskówki i zabawki z RoboCopem…), co owocuje kilkoma zabawnymi momentami, wynikającymi z setek nowych bzdurnych dyrektyw, które min. nakazują mu pouczać dzieci rabujące sklep RTV z bronią w ręku o odżywianiu i dobrych manierach…

Finałowy pojedynek RoboCopa II z mózgiem Caina z RoboCopem jest przyzwoicie wykonany, wykorzystując do granic możliwości animacje poklatkową i tradycyjną fotografię trikową (znowu pod kierunkiem znanego już wcześniej Paula Tippeta i jego studia). „Twarz” Robo-Caina stworzono przy pomocy animacji komputerowej (na systemie VideoToaster na komputerze Amiga), co było jednym z pierwszych przypadków jej zastosowania w kinie:

Film ogólnie rozczarował krytykę w momencie swej premiery, po latach można stwierdzić że jednak mimo wszystko był najlepszym sequelem i dodatkiem do pierwszego filmu z serii, w szczególności na tle tych wszystkich kreskówek dla dzieci („Marvel’s RoboCop”, „RoboCop Alpha Commando”, o których im mniej się mówi tym lepiej), komiksów (z wydawnictw Marvela i Avatar Press), zabawek, gier komputerowych, kanadyjskiego familijnego serialu (nadawanego w Polsce przez Polsat w okolicach 1997 roku) i, oczywiście, fatalnego „RoboCopa 3”.

RoboCop 3 (1993)

robocop_three_ver3_xlgNie mam zamiaru o tym wyrobie filmopodobnym się rozpisywać, może kiedyś  wrzucę go działu ZŁE FILMY… Jedno jest pewne: nie ma on nic wspólnego z pierwowzorem, jest wybitnie ogłupiony, sprowadzony do poziomu dobranocki dla dzieci (kategoria wiekowa PG-13!), pełen bzdur w stylu roboty-ninja, małe dziewczynki przeprogramowywujące ED-209, RoboCop latający przy pomocy plecaka odrzutowego, przeciwnicy rodem z „Akademii Policyjnej” i szczyt szczytów, czyli nakłonienie Nancy Allen do zagrania roli Lewis, do której zgodziła się pod warunkiem, że jej postać uśmiercona przed połową filmu!

Produkcja filmu była tak wyżyłowana, że zamiast stworzyć kostium RoboCopa od nowa dla nowego aktora, to wykorzystano kostiumy z poprzednich, dobierając aktora do nich…

Doszło do tego, że komputerowa adaptacja filmu, gra „RoboCop 3” firmy Ocean Software ukazała się wcześniej od filmu i jest od niego lepsza!

robo3-8

Robocop w różowym pimpmobilu – brzmi prawie jak parodia…

Ta oczywista katastrofa zbiegła się z bankructwem wytwórni Orion Pictures, a w temacie „RoboCopa” „na popych” załapał się jeszcze serial o którym pisałem powyżej w którym jedyne co było dobre to prześmiewcze filmiki propagandowe OCP z Kapitanem Kasiorem:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

By submitting this form, you accept the Mollom privacy policy.

:wink: :-| :-x :twisted: :) 8-O :( :roll: :-P :oops: :-o :mrgreen: :lol: :idea: :-D :gb: :evil: :cry: 8) :arrow: :-? :?: :!: