Blog Doktora No

Blog geeka o komiksach, filmie, anime oraz nauce i technice.

Czy nauka sama z siebie jest „lewicowa”?

Ostatnimi czasy pewnym zainteresowaniem darzę pseudonaukę, medycynę alternatywną i towarzyszące im teorie spiskowe, i zauważyłem że sporo blogasków które bębnią o rzekomych spiskach na odcinku szczepień, nie mówiąc już o takich "odpałach" jak teoria chemtrailsów, ma polityczną orientację prawicową i skrajnie prawicową. Zastanowiło mnie to, i doszedłem do wniosku że tego typu światopogląd ma wyraźne skłonności do odrzucania racjonalności i dorobku nauki, oraz do myślenia w kategoriach spisków.  Pewną odpowiedzią na w.w. pytanie jest poniższy tekst z Ameryki (podkreślenie moje):

Republikanie nie lubią nauki i naukowców ponieważ są źródłem informacji niezależnych od propagandowych prawicowych młynów w stylu Fox News. Ci "wredni" naukowcy i uczeni zawsze wyskakują aby polemizować z zatwierdzonym przez Rogera Ailesa [prezesa Fox News Channel szumem informacyjnym na temat zmian klimatu, opieki zdrowotnej, pauperyzacji gwałtownie kurczącej się klasy średniej, różnorodności amerykańskich rodzin i o tym jak ważne jest finansowanie badań podstawowych, zamiast krótkowzrocznych, badań obliczonych na doraźny zysk.(…)
Można powiedzieć, że nauka od początku ma lewicowy przechył, ponieważ nie jest atrakcyjna dla prostych wierzeń w Boga, państwo, plemiennej wyższośći i innych mniej szlachetnych wytworów ludzkiej duszy, którą to prawica znajduje użyteczne do zdobycia głosów wściekłego elektoratu. [w oryginale: "get-out-the-angry-vote".

Powyższe słowa pochodzą z bloga Steve’a Silbermana, z notki poświęconej niechęci Republikanów do National Science Foundation i chęci obcięcia jej funduszy pod pretekstem oszczędności. Może to zdumiewać, że kraj, który szczyci się podbojem Kosmosu, prężnymi ośrodkami badawczymi i seryjną produkcją noblistów, posiada w sobie tak silną antynaukową opozycję. Wynika to zarówno z tego, że USA są krajem o dobrze ugruntowanym antyintelektualizmie, z fundamentalizmu religijnego istotnej części społeczeństwa, a także z dysfunkcyjnego systemu politycznego, w którym to wąskie grupy interesów, którym nie w smak są np. rządowe regulacje w zakresie ochrony środowiska itp, mają nieproporcjonalnie duże wpływy polityczne.

Amerykański konserwatywny system wartości, na który składa się kult wolnego rynku ("reganomika") i pieniądza (czytaj: "chce jeżdzić SUVem i mieszkać w McMansionie, a poza tym to pieperzyć biedaków"), oraz przeświadczenie o wyższości USA i ich misji dziejowej, w rozumieniu mocarstwowej dominacji "imperium dobra" nad światem, nie wytrzymują konfrontacji z faktami i twardą rzeczywistością. To z kolei frustruje elektorat amerykańskiej prawicy, co owocuje popadaniem jego w desperacje i skrajności. Nauka jest przez tych ludzi obdarzana niechęcią, gdyż wywraca ich system wartości, np. poprzez teorię ewolucji, która kwestionuje dosłowną interpretacje biblijnego stworzenia świata, czy wskazywanie na nierówności społeczne. Oczywiście, gdy nauka przyczyniała się do wzmocnienia siły i prestiżu państwa (np. bomba atomowa, Program Apollo, czy "gwiezdne wojny" Regana) wówczas nie budziła takich negatywnych emocji, gdyż współgrała z tymi wartościami. 

Trzeba pamiętać zespół poglądów prawicowych z definicji jest tradycjonalistyczny i niechętny zmianom, więc nauka, jako jeden z motorów zmian, jest naturalnym obiektem niechęci. W Polsce amerykański konserwatyzm jest w kanonie myśli prawicowej, i dlatego też denializm globalnego ocieplenia klimatu spowodowane przez działalność człowieka jest jak najbardziej w głównym nurcie. Ale inne antynaukowe trendy z amerykańskiej myśli politycznej, min. kreacjonizm, nie znalazły szerszego oddźwięku, poza kilkoma wiceministrami z ramienia LPR za rządów PiS. Po smoleńskiej katastrofie w pewnych kręgach wypaczanie zdrowego rozsądku (czyli teorie spiskowe) stało się wręcz cnotą, jednak nie jest to kontestowanie racjonalizmu jako takiego, a raczej dość dziwaczna forma protestu i mobilizacji politycznej. 

W każdym razie antynaukowość polskiej prawicy koncentruje się raczej w kwestiach związanych z obyczajowością i medycyną i dlatego niedawno panu redaktorowi Pospieszalskiemu zdarzyło się załamywanie rąk nad szczepionką przeciw HPV, gdyż jego zdaniem była by ona przyczyną rozwiązłości. Środowiska katolickie mocno propagują "naprotechnologię" która rzekomo jest skuteczniejsza od in vitro, a w praktyce takowa nie jest. Z kolei ponad rok temu, w czasie świńskiej grypy, prawdziwym fenomenem był skrajnie prawicowy blog grypa666 (tytuł jednego z linków na szczycie tej strony: "Razwietka Izraela i Koszer Nostra"), gdzie śmiertelnie poważnie "udowadniano" że szczepionki to wielki spisek mający na celu "depopulacje" Świata…

Jak może być w przyszłości? Biorąc jednak pod uwagę polaryzację nastrojów, asymilacje przez PiS elektoratu radiomaryjnego i radykalnego, sprowadzanie przez media dyskusji publicznej do poziomu cyrku skrzyżowanego z turniejem bokserskim, oraz metamorfozę publicystów prawicowych w furiatów z kompleksem prześladowania, to wszystko jest możliwe – także to, że w głównym nurcie znajdzie się i miejsce na antynaukę al’a Americana.

EDIT: Audycja "Hardball" z kanału MSNBC, poświęcona prawicowej walce z nauką, tu kandydatka "Tea Party" Michele Bachmann na prezydenta:

http://www.youtube.com/watch?v=MJKDh5tdgZU

The Colbert Report o pomniku Chrystusa Króla w Świebodzinie

The Stephen Colbert Report to audycja satyryczna nadawana na kanale Comedy Central, w której to prowadzący parodiuje typowego amerykańskiego prawicowego showmena.

W tym odcinku ubolewa na tym że Ameryka została wyprzedzona na polu budowy pomników Jezusa, w związku z tym domaga się przebudowy Statuy Wolności. Jak? Zobaczcie sami: 

The Colbert Report Mon – Thurs 11:30pm / 10:30c
Statue of Jesus
www.colbertnation.com
Colbert Report Full Episodes 2010 Election March to Keep Fear Alive

Polska polityka bezpieczeństwa na nowe dziesięciolecie

Polska weszła w XXI wiek jako kraj niepodległy, zintegrowany ze strukturami NATO i UE. Wydaje się, że w najbliższej perspektywie Polsce nie grozi agresja z zewnątrz z niczyjej strony, a nawet tak głośne w ostatnich latach zagrożenie terroryzmem omija nasz kraj.

Trzeba jednak pamiętać, że bezpieczeństwo międzynarodowe rozpatrujemy obecnie w wymiarze znacznie wykraczającym poza jego klasyczne rozumienie w wymiarze dyplomatyczno-militarnym, przykładem niech będzie zbitka "bezpieczeństwo energetyczne" o której głośno jest w kontekście naszego uzależnienia od dostaw rosyjskiego gazu ziemnego i prób jego dywersyfikacji źródeł jego dostaw. Jak ostatnio zauważył gen. Koziej, szef BBN, świat XXI wieku jest coraz bardziej ze sobą powiązany więzami informatycznymi i gospodarczymi, nazwanymi przez niego "glob-info", i w takim świecie klasyczna agresja się po prostu nie opłaca. Niemniej jednak pan generał przytomnie w zalinkowanym wywiadzie zauważył że "nowy paradygmat [postrzegania bezpieczeństwa nie oznacza abstrahowania od fizycznego potencjału, na przykład konieczności rozwoju armii". W niniejszym tekście postanowiłem wypunktować moje własne przemyślenia na ten temat. 

Po pierwsze: gospodarka, głupcze! 

Słynny slogan prezydenta Billa Clintona jest tu na miejscu, gdyż potencjał gospodarczy danego kraju jest jednym z najważniejszych czynników kształtujących siłę (ang. "power") danego kraju na arenie międzynarodowej.

Jeżeli by porównać budżet państwa do krojenia tortu, to jeżeli ten "tort" jest większy, to naturalną koleją rzeczy wojsko dostanie więcej środków, nawet wtedy, gdy procentowo będzie to udział mniejszy niż w przypadku mniejszego "tortu". 

Przykład współczesnej Azji pokazuje, że wraz ze wzrostem PKB kraju wzrastają jego możliwości militarne. Przez wiele lat wyjątkiem potwierdzającym tą regułę wydawała się być wspomniana wcześniej Japonia, gdzie posiadanie armii jest formalnie zakazane konstytucyjnie), a w praktyce kraj ten przechodzi niespotykaną w okresie powojennym remilitaryzację, a dodatkowo nowoczesna gospodarka dostarcza prężnego zaplecza naukowo-techniczego dla wojska. 

 Środki na wojsko i zbrojenia mogą pochodzić min. ze złóż surowców mineralnych, czego przykładem są kraje naftowe, kupujące zaawansowany sprzęt wojskowych (min. zakup rosyjskich MiGów przez Wenezuelę), "przeskakując" tym samym konieczność rozwoju własnego przemysłu obronnego.

Bardziej rozważne uczestnictwo naszej armii w misjach "zamorskich"

W tym punkcie trzeba wspomnieć o tym, że obecnie trwająca operacja w Afganistanie jest poważnym błędem, gdyż w praktyce eskalacja działań wojennych za rządów Obamy nie przynosi rezultatów. Łatwo się zapędzić w pułapkę błędnego koła, polegającą na tym, że dalsza obecność w tym kraju wojsk NATO wynika z wcześniejszego zaangażowania w tym kraju i obawy przed upokarzającą porażką w przypadku wycofania się.

Polska angażując i poświęcając środki na Afganistan pozbawia się zasobów, które mogły by być wykorzystane na modernizację naszej armii. Kilka krajów już wycofało się z Afganistanu. Moim zdaniem my powinniśmy zrobić to samo i to szybko, gdyż dalsze uczestnictwo misji ISAF nie leży w interesie naszych sił zbrojnych.

Zupełnie niezauważenie przeszła przez media polska misja w Czadzie, w ramach sił pokojowych Unii Europejskiej, działajacych pod mandatem ONZ. Moim zdaniem powinniśmy uczestniczyć właśnie w takich misjach, niż zużywać środki na zadania, które nie przynoszą nam korzyści, poza domniemanym długiem wdzięczności u Amerykanów (Polecam mój wcześniejszy tekst na ten temat: "Dlaczego nie powinniśmy bardziej angażować się w Afganistanie?").

Co do Iraku to można powiedzieć krótko: z tej misji nie wyciągnęliśmy żadnych konkretnych korzyści, poza zdobyciem kilku nowych doświadczeń przez naszą armię. Zaprawdę, wygląda to na bardzo skromnie wynagrodzenie za bycie "listkiem figowym" dla wojny, co do której sensu sami Amerykanie mają pewności. 

Rozwój własnej broni rakietowej

Tytułem wstępu można śmiało powiedzieć, że broń rakietowa we współczesnych stosunkach międzynarodowych działa tak jak sześciostrzałowiec Peacemaker zakładów Colta na Dzikim Zachodzie – bardzo skutecznie wyrównuje siły między aktorami, bo byle chłystek jest w stanie położyć trupem dużego brutala.

Broń rakietowa to nie tylko rakiety transkontynentalne i pociski samosterujące, kojarzące się z arsenałami nuklearnymi supermocarstw. To przecież także ręczne wyrzutnie pocisków przeciwpancernych i przeciwlotniczych (MANPADS) oraz rakiety operacyjne dla sił lądowych i pociski tworzące sieci obrony przeciwlotniczej.

Polska na swoim koncie ma osiągnięcia w tej dziedzinie, min. zestaw przeciwlotniczy Grom (widoczny na zdjęciu obok), będący krajową wersją rosyjskiej "Igły", czy udaną modernizację zestawów rakiet "Newa".

Ciężko jest oprzeć obronę p.lot. naszego kraju o założenie, że Amerykanie rozmieszczą baterie Patriotów. Do skutecznej obrony przez napadem lotniczo-rakietowym potrzebujemy naszych własnych systemów obrony przeciwlotniczej, będących pod polskim dowództwem. Jesteśmy za biedni na to, aby samemu opracować taki system, niemniej warto pomyśleć o kooperacji z innymi państwami na tym polu np. w ramach konsorcjum MBDA (dawniej Euromissle) w celu zdobycia know-how i rozwoju własnych zdolności w tym zakresie. W końcu trzeba będzie kiedyś zastąpić starzejące się systemy produkcji rosyjskiej będące na wyposażeniu naszej obrony przeciwlotniczej, takie jak S-125 (SA-3 "Goa") i S-200 (SA-5 "Gammon").

Rozwój własnych bezzałogowych systemów rozpoznania

Na pewno każdy słyszał o bezzałogowych samolotach "Predator", używanych przez Amerykanów do tajnych misji na pograniczu afgańsko-pakistańskim i Jemenie, min. do zabijania członków Al-Kaidy i dowódców oddziałów Talibów. 

Amerykański bezzałogowiec  RQ-7 Shadow w Iraku

Na współczesnym polu walki coraz częściej urzeczywistniają się wizje rodem z powieści i filmów Science-Fiction. Armia amerykańska w Iraku powszechnie używa niewielkich zdalnie sterowanych robotów jeżdżących do rozbrajania bomb i zwiadu. Oprócz wspomnianych na początku maszyn "Predator" w użyciu są też mniejsze jednostki latające, które mogą pełnić nawet funkcje transportowe (np. zrzucając niewielkie pakunki z apteczkami). Roboty nie męczą się, łatwo je zastąpić nowymi i potrafią wyręczać ludzi w sytuacjach niebezpiecznych – korzyści z ich stosowania są oczywiste. W opracowaniu są już nawet maszyny kroczące (min. robot "Big Dog", pomyślany jako "muł" do noszenia broni i amunicji).

Jeszcze raz powraca problem rozsądnego gospodarowania ograniczonymi zasobami – rozwój tego typu technologii nie wymaga dużych nakładów finansowych, szczególnie w przypadku pojazdów latających. Gdybyśmy intensywniej rozwijali naszą własną technologię tego typu pojazdów, to nie musielibyśmy kupować bezzałogowce od izraelskiego koncernu ADS dla naszych żołnierzy w Afganistanie. Puki co powstało kilka naszych własnych i obiecujących prototypów, ale gdybyśmy przeznaczyli na to więcej środków, to postęp byłby zdecydowanie szybszy.

Większa troska o "bezpieczeństwo cybernetyczne"

Na początek trzeba stwierdzić, że termin "cyberwojna" jest nadużyciem (Polecam tekst Robert Grahama, specjalisty od zabezpieczeń, na ten temat) gdyż coś takiego jak "cyberbroń" nie istnieje. Istnieje jednak bardzo specjalistyczna gałąź wiedzy z dziedziny informatyki, która może być używana do atakowania i obrony sieci i systemów komputerowych, tak prywatnych jak i publicznych. Nasze życie w coraz większym stopniu zależy od systemów informatycznych nadzorujących min. pracę elektrowni i linii przesyłowych, przemysłu, banków i giełd papierów wartościowych itp. Część z tych systemów jest – na razie – oddzielona od Internetu, ale korzyści z podłączenia ich do globalnej sieci są zbyt oczywiste i dlatego można się spodziewać integracji z nią, która może otworzyć pole do popisu dla komputerowych włamywaczy i dywersantów. 

Mówiąc krótko, trzeba rozwijać odpowiednie kadry specjalistów ds. zabezpieczeń systemów komputerowych pracujących dla rządu i wojska. "Cyberwojna", jeżeli mamy się tego terminu trzymać, wymaga nakładów nie na kosztowny sprzęt ale na kadry, które mają być sprytniejsze od przeciwnika, którym mogą być hakerzy pracujący dla obcego rządu lub grup terrorystycznych i przestępczych.

Należy przy tym uniknąć pułapki polegającej na zastosowaniu schematów myślenia z wojny konwencjonalnej w wymiarze cybernetycznym (np. haking jest zajęciem oportunistycznym – hakerzy i krakerzy włamują się tam gdzie im łatwiej, a nie w konkretne miejsce).

Osobnym zagadnieniem jest rozwój kryptografii – w czasie wojny polsko-bolszewickiej w 1920 roku polscy kryptolodzy złamali sowieckie szyfry, co dało przewagę wojsku polskiemu. Pamiętajmy o tej lekcji z historii także w XXI wieku.

Bardziej realistyczne podejście do naszych sojuszy i partnerów

Musimy sobie powiedzieć jasno: musimy skończyć z bezkrytycznym zaufaniem wobec Amerykanów i ich polityki zagranicznej. Zresztą jeżeli uważamy, że więzi z USA są dla nas istotne pod względem strategicznym, to dlaczego mamy popierać nieodpowiedzialną politykę amerykańską, która na dłuższą metę osłabia naszego sojusznika?

USA obecnie przeżywa nie tylko głęboki kryzys gospodarczy, ale też kryzys swojej mocarstwowej roli, spowodowany przez nierozważna unilateralną politykę Georga W. Busha. Polityka ta, którą profesor Stephen Walt poddał na łamach Foreign Policy miażdżącej i dobrze uargumentowanej krytyce, naraziła USA na erozje miękkiej siły ("soft power", w rozumieniu Josepha Nye’a), zmarnowanie gigantycznych zasobów pieniężnych i po prostu stracenia bezcennego czasu na operacje która nie przyniosła żadnych konkretnych korzyści. Irak jest obecnie jednym z najbardziej skorumpowanych, najniebezpieczniejszych i niestabilnych państw świata.

Dla USA Polska nie jest krajem zasługującym na specjalne traktowanie, a puste gesty w postaci przesyłania nam zdezelowanego sprzętu, który Amerykanie u siebie najprawdopodobniej by złomowali, powinny budzić zażenowanie. 

Jesteśmy w końcu członkami UE, która rozwija własne struktury bezpieczeństwa w wymiarze militarnym. Polska powinna więc bardziej aktywnie uczestniczyć w tych inicjatywach, w szczególności w ramach Trójkąta Weimarskiego. Nieprzypadkowo w niektórych podpunktach niniejszego wywodu zwracam uwagę na konieczność rewizji naszego stosunku do Amerykanów i konieczność większego zaangażowania się w europejskie inicjatywy z dziedziny bezpieczeństwa i wojskowości.

 Amerykanie tak czy siak mają wobec nas zobowiązania wynikające z członkostwa w NATO, ale nasze więzy z Francją i Niemcami są po prostu silniejsze. W Polsce do UE podchodzi się jako do maszynki udzielającej nam pomocy finansowej, w której to nasi politycy mają "bronić polskich interesów" (a im głośniej, tym niby lepiej). Zapomina się o tym, że nie można być traktowanym poważnie, jeżeli nie uczestniczy się w strategicznie istotnych filarach integracji.
 

Prezydent Obama wystąpi gościnnie w programie „Pogromcy Mitów”

Miarą jakości elit politycznych danego kraju jest dbałość o dobro publiczne ponad podziałami, z czego w ramach tego dobra powszechnego znajduje się troska o edukację i rozwój nauki. Oprócz przyznawania dotacji, grantów, stałego finansowania badań naukowych i fundowania ośrodków badawczych, w skład tych działań wchodzą także proste gesty propagujące naukę u szerokich rzesz społeczeństwa.

Jak donosi "The Washington Post", prezydent Barrack Obama wystąpi w popularnym programie "Pogromcy Mitów", czym ma pokazać "swoje oddanie w inspirowaniu młodych ludzi do nauki matematyki i przedmiotów ścisłych". W odcinku, który ma być nadany 8 Grydnia b.r. niestrudzeni spece od efektów specjalnych mają zamiar po raz trzeci przetestować rzekome zwierciadło Archimedesa, użyte rzekomo do obrony Syrakuz przed Rzymianami.

 

Porównajmy to to z tym co się dzieje w naszym kraju, kraju w którym dyskusja publiczna stoczyła się do poziomu Trzeciego Świata, wydatki na naukę są symboliczne, a system edukacji na tyle dysfunkcyjny, że produkuje bezrobotnych humanistów, w sytuacji gdy brakuje inżynierów…

President Obama to appear on Discovery’s ‚MythBusters’ on Dec. 8

Wietnam i USA: bliscy a jednocześnie dalecy partnerzy.

Dawni wrogowie mogą zostać przyjaciółmi – o ile mają wspólne interesy. Tak można podsumować najnowsze trendy w relacjach wietnamsko-amerykańskich.

Kiedy słyszymy słowo „Wietnam” wtedy to na myśl przychodzi jedna z najkrwawszych wojen drugiej połowy XX wieku, którą to Amerykanie pamiętają jako wielkie upokorzenie, a w zależności od zapatrywań politycznych albo jako wojnę niesprawiedliwą albo po prostu źle przeprowadzoną. Ciągle w popkulturze amerykańskiej widać nawiązania do tego konfliktu, nie mówiąc o tym że każda współczesna wojna w którą zaangażowani są Amerykanie i która źle im idzie jest machinalnie porównywana do tamtego konfliktu.

W 1995 roku nastąpiła oficjalnie pełna normalizacja stosunków dwustronnych między Stanami Zjednoczonymi a Wietnamem, a 28 Lipca tamtego roku Wietnam stał się pełnoprawnym członkiem ASEANu. Wizyty urzędujących amerykańskich prezydentów, podobnie jak rozmowy bilateralne między dyplomatami różnego szczebla obu krajów stały się normą. Zaszłości historyczne i wciąż żywe emocje towarzyszące wojennej przeszłości, a także różnice ustrojowe mogły by być czynnikami utrudniającymi osiągnięcie wzajemnego zrozumienia i pogłębienia współpracy, tymczasem rzeczywistość przeszła najśmielsze marzenia sprzed kilkunastu lat.

Zapowiedzi szerszej współpracy na polu militarnym pojawiły się w 2006 roku a zostały skonkretyzowane w 2008 i ma ona na celu szerszy dialog strategiczny między dwoma krajami, wspólne przygotowywania do misji pokojowych ONZ, pomoc przy klęskach żywiołowych czy potencjalną sprzedaż broni oraz części zamiennych do wciąż używanego przez Wietnam amerykańskiego sprzętu, zostawionego przez Amerykanów po wojnie. Ówczesny zastępca sekretarza obrony USA, James Clad, powiedział, że Waszyngton po prostu chce rozwinąć taką samą współpracę wojskową z Wietnamem jak z innymi krajami regionu: „Byłoby błędem nazwać to jako coś bardzo bilateralnego. Mamy, na przykład, rutynową wymianę z Malajami, Indonezyjczykami, Filipińczykami i Tajami. Sądzę że jako duży członek ASEANu Wietnam coraz bardziej wchodzi w taki świat”.

Jednocześnie warto zwrócić uwagę na to, że Wietnam stara się jednocześnie brać korzyści ze współpracy militarnej z Rosją, co zresztą ma swoje korzenie w współpracy z czasów sowieckich, i obecności rosyjskiego sprzętu wojskowego w arsenale tamtejszej armii, oraz polityce zachowania pewnej równowagi między mocarstwami.

Gospodarka, czyli „sukces, wielki sukces”

Tym cytatem Ho Chi Mihna o narodowej jedności można by scharakteryzować postępy gospodarczego liberalizmu, którego początkiem była polityka doi moi, wprowadzona w 1986 roku, polegająca na urynkowieniu, prywatyzacji, kooperacji z zagranicznymi koncernami i otwarciu na świat. W 1993 roku zgodnie z danymi rządowymi blisko 60% ludności żyło poniżej granicy ubóstwa, a w roku 2004 wskaźnik ten zmalał do 20%. Współczynnik HDI (Human Development Indicator) wynosi 0,725 i plasuje Wietnam na 116 miejscu w rankingu światowym w tej dziedzinie, i na 61 miejscu (na 111 miejsc) w rankingu „Worldwide Quality-of-life Index” magazynu „The Economist”.

Wiele „prywatnych” przedsiębiorstw jest w istocie przedsiębiorstwami których właścicielami są członkowie partii oraz ich krewni i znajomi. Elity partyjne z biegiem czasu zaczynają przekształcać wietnamski kapitalizm w rodzinne przedsiębiorstwo. Trzeba mieć na uwadze, że model „państwowego kapitalizmu” jest powszechny w krajach nowouprzemysłowionych (NIC) tego regionu i był podstawą ich sukcesu gospodarczego. Podobne wielkie konglomeraty powstawały w Korei Południowej (koncerny Hyundai, Samsung, Daweoo itp.) i mogą przykładami na fundamenty azjatyckiego kapitalizmu opierającego się na rodzinnych firmach, blisko związanych z rządem.

Widać też podobne scalenie się sfery rządowej i biznesowej, oraz biurokracji państwowej. Można się spotkać z komentarzem, że ideałem Partii komunistycznej Wietnamu jest zapożyczony z Francji model „gaulistowski”, w którym to silna partyjna elita wyznacza cele i koordynuje działania prywatnego biznesu i rządu (również opanowanych i kontrolowanych przez partię).

Rozwój gospodarczy Wietnamu jest istotnym kontekstem rozwoju stosunków bilateralnych i relacji z innymi krajami regionu.

Bezpieczna przystań dla U.S. Navy

Jedną z charakterystycznych objawów współpracy amerykańsko-wietnamskiej są wizyty amerykańskich okrętów wojennych w porcie wybudowanym przez samych Amerykanów na potrzeby wojny.

Mimo iż wizyty amerykańskich okrętów w wietnamskich portach stały się czymś normalnym, to jednoczenie wprowadzono ograniczenia tychże wizyt do jednej w roku, przy zapewnieniu identycznych praw do zawijania do portu dla okrętów chińskich. Mimo tego ograniczenia Amerykanie mają potencjalny zalążek do stworzenia trwałej i bezpiecznej przystani, która może być przydatna na okres kryzysu.

Trzeba pamiętać o tym, że na wskutek żelaznych praw rządzących stosunkami między mocarstwami, ekspansja Chin będzie dotyczyła zwiększania swoich możliwości w dziedzinie projekcji siły na morzu, w celu zabezpieczania szlaków handlowych i (współcześnie) przewozu surowców strategicznych (min. ropy) drogą morską (tą prawidłowość wykazał już pod koniec XIX wieku admirał Mahan w pracy „Influence of Sea power upon history”).

Współpraca Wietnamu i USA jest środkiem na skontrowanie tych ambicji. Amerykańska polityka wykazuje wyraźny trend w zawieraniu sojuszy między państwami regionu w celu realizacji klasycznej polityki „containment” („powstrzymywania”) wobec potencjalnych regionalnych ambicji Chin w tym regionie świata. Bez wątpienia Wietnam jest beneficjentem „Pax Americana” w regionie, gdyż stabilność gwarantowana przez Amerykanów odciąża ten kraj w tym wymiarze polityki zagranicznej.

Warto wspomnieć, że Chiny nie mają szczególnej sympatii wśród narodów Azji i Pacyfiku. Tylko 10% Japończyków, 21% południowych Koreańczyków i 27% Indonezyjczyków w badaniach przeprowadzonych przez Chicago Council on Global Affairs wyraziło się pozytywnie o Chinach jako potencjalnym regionalnym przywódcy Azji.

Pamiętajmy, że Chiny i Wietnam mają wiele punktów spornych i zaszłości, wystarczy przypomnieć krótką, ale krwawą wojnę graniczną między tymi dwoma krajami z 1979 roku. Współczesnym przykładem na tarcia niech będzie rywalizacja o wpływy w Laosie, czy spór o Wysp Spratly, które są punktem spornym między wszystkimi państwami tego regionu, zaognionym z powodu istniejących tam złóż ropy naftowej i gazu, bardzo potrzebnych szybko rozwijającym się gospodarkom „azjatyckich tygrysów” i Chin.

Po lewej: dawna mapa wysp Spratly ukazanych jako część Wietnamu, po prawej część tego archipelagu na starej mapie jako część Chin.

Ocieplenie w klimacie lekkiej paranoi

Mimo zadziwiającego postępu w rozwoju stosunków dwustronnych nie wszystko idzie jak po maśle. Profesor Ta Minh Tuan z Dyplomatycznej Akademii Wietnamu wymienił wśród czynników utrudniających wzajemne relacje zagadnienia z dziedziny praw człowieka, większy priorytet USA na stosunki z innymi krajami regionu oraz dziedzictwo wojny (np. wciąż na terenach spryskanych w czasie wojny herbicydem „Agent Orange” rodzą się dzieci z wadami wrodzonymi będącymi efektami działania toksycznych chemikaliów). Jako czynniki stwarzające okazje do współpracy profesor Tuan wymienił min. brak problemów związanych z proliferacją nuklearną czy wspólne zainteresowanie przeciwdziałaniu klęską żywiołowym i zmianom klimatu.

Na portalu „Asia Times Online” autor podpisujący się nickiem The Hanoist wymienia przypadki nieufności władz Wietnamu do niektórych oficjeli amerykańskich. I tak pod koniec 2008 roku odmówiono przyjęcia attaché wojskowego do ambasady USA w Hanoi z powodu jego pochodzenia. Mowa o pułkowniku Patricku Reardonie, urodzonym w Wietnamie i adoptowanym przez amerykańską parę gdy był jeszcze niemowlęciem. Innym przykładem na podejrzliwość władz wietnamskich niech będzie odkładanie wizyty tamtejszego ministra obrony narodowej Quang Thanha w grudniu 2009, ze względu na różnice w politbiurze KPW na temat celu tejże wizyty.

Sam minister obrony narodowej uchodzi za osobę o zapatrywaniach prozachodnich, podczas gdy jego zastępca gen. Nguyen Chi Vinh za istotne uważa więzi z Chinami i raczej niechętnie patrząc na bliższe związki z USA. Widać więc, że Wietnam zachowuje się dwuznacznie w stosunkach z USA, co jest jest z jednej strony wynikiem podejrzliwości w sprawie tego jakie idee mogą przyjść z Ameryki w czasie np. wspólnego szkolenia personelu wojskowego. Po prostu partia komunistyczna boi się o swój ideologiczny monopol w kraju, ale z drugiej strony geopolityczne realia wyraźnie podpowiadają zbliżenie z USA w celu równoważenia Chin.

Ta dwuznaczność jest dobrze zilustrowana wietnamskim powiedzeniem: „Zbyt blisko Chin i tracisz państwo, zbyt blisko Ameryki i tracisz partię”. Jak sugeruje Hanoist, będziemy mogli się spodziewać cyklicznego ochładzania i ocieplania wzajemnych stosunków.

Źródło ilustracji: Wikipedia.

Do poczytania:

Ian Bremmer: The rise of Vietnam

Bloomberg.com: Vietnam, U.S. Will Expand Military Links, Hold Talks Next Year

Ta Minh Tuan: The Future of Vietnam-U.S. Relations

Rola zagranicznej współpracy gospodarczej w wietnamskich reformach doi moi

The Hanoist: Vietnam’s guarded US embrace

„Stulecie Pacyfiku: Wielki biznes i Duch Konfucjusza”

Dlaczego nie powinniśmy bardziej angażować się w Afganistanie?

No i proszę, wśród państw NATO trwa "zrzutka" na dodatkowe siły które miały by pójść na wojnę do Afganistanu. Tymczasem Polska od pewnego czasu realizuje idee pójścia na pierwszą linię, bez zastanowienia się nad celowością i dostępnymi środkami.

Po pierwsze: naszego kraju najzwyczajniej w świecie nie stać na skrajnie niebezpieczne i ryzykowne misje zagraniczne. Polska armia jest w praktycznej rozsypce, po zniesieniu poboru, w sytuacji braku sprzętu i funduszy. Priorytetem Wojska Polskiego powinien być konstytucyjny obowiązek obrony narodowej, co raczej trudno przedsiębrać, gdy na generała przypada 1,23 szeregowca. Nie chcę tu argumentować, abyśmy pospiesznie wycofali się z Afganistanu; chodzi mi o to, aby zdawać sobie sprawę z istotnych ograniczeń.
 

Po drugie: Powinniśmy skończyć z postawą wypełniania niby to koniecznych powinności wobec naszych sojuszników, w sytuacji, gdy nie mamy nic konkretnego w zamian, poza tak czy siak obowiązującymi zobowiązaniami w ramach NATO. Stosunki międzynarodowe nie opierają się na wzajemności – ma ona miejsce wtedy, gdy drugiej stronie to się opłaca. Afganistan jest bardziej problemem amerykańskim niż polskim.

Po trzecie: Amerykanie sami muszą przemyśleć, co powinni zrobić w Afganistanie. Najwyraźniej prezydent Obama zaakceptował pomysły wojskowych, aby zwiększyć obecność wojskową w tym kraju, na wzór iracki. Koncepcja przeciwdziałania partyzantce jaka krystalizuje się w głowach ekspertów i wojskowych z Pentagonu polega na budowaniu silnego państwa, oraz "zdobyciu serc i umysłów" społeczeństwa, co oczywiście idzie w parze z obecnością wojskową. Tymczasem wcale nie musi to zakończyć się powodzeniem.

Sama obecność wojskowa jest uciążliwa dla ludności danego kraju.  Może dostarczać propagandowego argumentu talibom i Al-Kaidzie, którzy to będą utrzymywać, że faktycznym celem obecności wojsk zachodnich jest neokolonializm oraz bardzo głęboka ingerencja w tamtejsze społeczeństwo. Poza tym zawsze zdarzy się sytuacja, że bomby spadną tam gdzie nie trzeba, zawsze dojdzie do ostrzelania cywili, zawsze ktoś popełni błąd kosztujący życie niewinnych ludzi. To wszystko osłabia pozycje obcych wojsk w oczach ludności cywilnej.

Zasadniczo budowanie państwa polega na tworzeniu scentralizowanego aparatu państwowego. I tu jest haczyk: tworzenie takiego organizmu naturalną koleją rzeczy wadzi z wolą społeczeństwa, które przyzwyczajone jest do bardziej luźnej, wręcz plemiennej struktury społecznej, co z kolei jest naruszeniem punktu drugiego, "wygrywania serc i umysłów". Co więcej, tworzenie państwa oznacza też homogenizacje społeczną (co jest kłopotliwe w społeczeństwie podobnym do afgańskiego), oraz sprzyja narastaniu napięć pomiędzy peryferiami a centrum, nie mówiąc o tym, że demokratyzacja i decentralizacja są raczej luksusem ustabilizowanych społeczeństw.. Budowanie państwa wygląda na strategie bardziej rozsądną niż stosowanie brutalnej siły, ale nie oznacza wcale, że jest automatycznie przez to skuteczniejsza. Naturalnie będziemy musieli poczekać na ogłoszenie nowej strategii afgańskiej przez Barracka Obamę, 1 Grudnia b.r. – wtedy będziemy mogli szerzej na ten temat porozmawiać.

Należy zadać sobie fundamentalne pytanie: co jest celem misji NATO w Afganistanie? Na pewno absolutnym minimum jest zapobieżenie powrotu Al-Kaidy do tego kraju, gdzie mogła by szkolić nowych terrorystów. Tylko że szkopuł tkwi w tym, że globalna i zdecentralizowana Al-Kaida nie potrzebuje stałych obozów szkoleniowych w jednym kraju, a poza tym jeżeli problem afgański zredukujemy do tego jednego problemu, to logicznie rzecz ujmując nie ma znaczenia, kto rządzi w Kabulu. Grunt, aby nie było terrorystów. 

Rozwiązaniem może być lansowane przez realistów balansowanie z oddali ("off-shore balancing"), zmniejszanie obecności wojskowej (!) i poprzestanie na "przekupieniu" lokalnych sił w zamian za utrzymanie spokoju i względnej stabilności, dogadywanie się z różnymi frakcjami itp. Sytuacja w Iraku zaczęła się stabilizować przed przegrupowaniem wojsk ("surge"), dlatego, że zaczęto wchodzić w układy z lokalnymi grupami sunnickimi, które porzuciły walkę z siłami koalicji w zamian za pewną legitymizacje i zostawienie w spokoju.

Na koniec można powiedzieć, że obliczu powyższych wątpliwości i spostrzeżeń pchanie się Polski na pierwszą linię w Afganistanie jest nierealistyczne i nieracjonalne. Możemy być dalej lojalnym sojusznikiem USA i partnerem w NATO, bez potrzeby podejmowania działań ponad nasze siły.

Do poczytania:

http://www.rp.pl/artykul/55330,397625_Sojuszniku__maszeruj_do_Afganistanu.html

http://www.rp.pl/artykul/55330,397982_Zachod_zbiera_sily_na_wojne_.html

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1356,title,Szef-NATO-do-Afganistanu-trzeba-wyslac-wiecej-zolnierzy,wid,11724695,wiadomosc.html http://www.nytimes.com/2009/11/11/world/asia/11policy.html?_r=1&ref=world

http://walt.foreignpolicy.com/posts/2009/08/18/the_safe_haven_myth

http://afpak.foreignpolicy.com/posts/2009/11/24/counterinsurgency_is_a_bloody_costly_business

http://en.wikipedia.org/wiki/Counterinsurgency
 

Kłopoty szefa „Blackwater”, albo Machiavelli by się uśmiał (aktualizacja)

W piątkowej "Rzeczpospolitej" ukazał się artykuł o kłopotach właściciela firmy ochroniarskiej "Blackwater". Otóż, anonimowi pracownicy, pod przysięgą, zeznali że w firmie panuje atmosfera przyzwolenia na nadużycia, posiadanie nielegalnej broni, zażywanie środków dopingujących i zabijanie dla zabawy, oraz że szef, Erik Price, uważa siebie za współczesnego krzyżowca prowadzącego wojnę z całym islamem.

W tym samym czasie amerykańscy (i nie tylko) żołnierze ryzykują życiem, aby w ramach wojny czwartej generacji odebrać terrorystom argumenty propagandowe, min. poprzez unikanie strat wśród ludności cywilnej. Nie trzeba dodawać, że brak odpowiedzialności, połączony z takim a nie innym nastawiem pracowników Blackwater skutecznie niweczy wszelkie starania żołnierzy (których z kolei łatwiej jest ukarać za ewentualne zbrodnie i nadużycia) i oddala zwycięstwo Amerykanów.

Dodatkowo powyższe zeznania (dostępne na stronie gazety "The Nation") to woda na młyn islamistów; a problemu by nie było, gdyby nie neoliberalna ortodoksja, nakazująca prywatyzowanie wszystkiego co się da, połączona z ewidentnym "kolesiostwem" (o kulisach militarnego outsourcingu napisał swego czasu Piotr Wołejko).

Konwencje genewskie jako najemnika traktują osobę, która dobrowolnie i za pieniądze po prostu walczy po jednej ze stron dla korzyści materialnych i osobistych i nie jest członkiem sił zbrojnych danego państwa. Pracownicy Blackwater działają w szarej strefie, bo są po prostu uzbrojonymi cywilami i do odpowiedzialności można pociągnąć ich tylko na gruncie prawa cywilnego i karnego państwa gdzie popełnią przestępstwa. Jako że Irak ma nawet problemy z zapewnieniem bezpieczeństwa własnym obywatelom, a USA nie mają zwyczaju deportować swoich własnych obywateli, to w praktyce otrzymujemy wręcz bezkarność.

Poza tym prywatyzacja wcale nie oznacza większej opłacalności; Blackwater się ceni, i wynagrodzenie wynosi więcej niż żołd żołnierza US Army, poza tym kadry tej firmy to w większości byli żołnierze, a więc ludzie, w który rząd amerykański zainwestował kupę pieniędzy poprzez szkolenie itp. Gdzie więc tu opłacalność? Daleki jestem od demonizowania prywatnych agencji ochroniarskich, ale widać gołym okiem że w tej dziedzinie sprawy zaszły zbyt daleko. I nie trzeba szukać przykładów w odległej Ameryce; nie tak dawno temu ochroniarze firmy Zubrzyckiego szturmowali budynek KDT, używając granatów gazowych, na które to pozwolenia nie mieli.

A skąd Machiavelli w tytule? Otóż już 500 lat temu tenże filozof zauważył trafnie, że z punktu widzenia racji stanu najemnikom po prostu nie można ufać…

 

Do poczytania:

http://www.rp.pl/artykul/345570.html
http://s3.amazonaws.com/thenation/pdf/JohnDoe1Declaration.pdf
http://s3.amazonaws.com/thenation/pdf/JohnDoe2Declaration.pdf
http://niepoprawni.pl/category/tagi-z-blogow/blackwater 

Sprostowanie:

Zrobiłem mały błąd: najemnicy w/g Konwencji Genewskich nie są członkami sił zbrojnych danego państwa. W niczym to oczywiście nie zmienia problemu odpowiedzialności najemników. Za pomyłkę przepraszam.

Artykuł 47 – Najemnicy
1. Najemnik nie ma prawa do statusu kombatanta lub jeńca wojennego.
2. Określenie "najemnik" dotyczy każdej osoby, która:
(a) została specjalnie zwerbowana w kraju lub za granicą do walki w konflikcie zbrojnym;
(b) rzeczywiście bierze bezpośredni udział w działaniach zbrojnych;
(c) bierze udział w działaniach zbrojnych głównie w celu uzyskania korzyści osobistej i otrzymała od
strony konfliktu lub w jej imieniu obietnicę wynagrodzenia materialnego wyraźnie wyższego od tego,
które jest przyrzeczone lub wypłacane kombatantom mającym podobny stopień i sprawującym podobną
funkcję w siłach zbrojnych tej strony;
(d) nie jest obywatelem strony konfliktu ani stałym mieszkańcem terytorium kontrolowanego przez
stronę konfliktu;
(e) nie jest członkiem sił zbrojnych strony konfliktu;
(f) nie została wysłana przez państwo inne niż strona konfliktu w misji urzędowej jako członek sił
zbrojnych tego państwa

 

 

15.10 do Berlina

Wczoraj wraz z kolegami z roku pojechaliśmy do Berlina, na ekspozycje "Welt Machine" poświęconej Wielkiemu Zdrzaczowi Hadronów, w końcu nasz kierunek studiów należy do wydziału fizyki. Wraz z nani byli też studenci innych wydziałów, z czego jedną grupą kierował profesor humanista.

Gdy pociąg ruszył o godź. 15.00, to jedni słuchali sobie muzyki, inni wypatrywali przez okna, a jeszcze inni kombinowali, jak i gdzie zapalić w pociągu tylko dla niepalących.Tymczasem pan profesor, humanista, oświecał studenta-ścisłowca w zakresie zawiłościach współczesnego świata. Skakał od tematu do tematu, tu coś o Chinach, tu o pomocy zagranicznej i o tym, jak to jest ona marnotrawiona przez skorumpowane reżimy w Trzecim Świecie, a to o wzroście dobrobytu w Azji i Ameryce Południowej. W czasie takiego skakania po tematach zauwarzył, powołując się na badania w Szwecji, że rozwój kultury "singli" powoduje atomizacje społeczeństwa i potencjalne uzależnienie takowego od państwa i innych struktur biurokratycznych, przechodząc płynnie do problemu niskiego przerostu naturalnego.

Społeczeństwo bezrodzinne nie ma oparcia w innych osobach, i co za tym idzie ma osłabione możliwości reprodukcji, biologicznej i społecznej – stwierdził.

Potem z szczerym podziwem mówił o indywidualiźmie i spontanicznej samopomocy i samoorganizacji społeczeństwa amerykańskiego, co według niego jest efektem niebywałej selekcji zaradnych i przedsiębiorczych emigtantów, na dwód czego zasypywał ciekawego studenta wynikami badań socjologicznych. Z drugiej strony, zauwarzył, że Amerykanie są ciągle jak na Dzikim Zachodzie; często zmieniają miejsce zamieszkaia i odrwacaja sie od "loserów", czyli tych, którym się nie powiodło w życiu.

Dla niego wybór Obamy to "refleksja"-coś w Amerykanach się zmieniło, gdzieś poczuli, że coś trzeba jest nie tak, gdzieś poczuli wady ich wybujałego indywidualizmu. "Ameryka szybko nie upadnie" – dodał jednak po chwili – "cesarstwo rzymskie upadało 400 lat, podobnie jak Chiny. To imperium wbrew swej woli".

Akurat dojechaliśmy do Berlina. Niemcy chcieli zaprezentować swój wkład w budowe wielkiego akceleratora LHC w CERNie. Przewodnik, po anguielsku wyjaśniał nam problemy budowy materii i kosmologi, wszystko na poziomie nawet niższym od tego na Wikipedii. Naturalnie Niemcy nie mogli się powstrzymać przed pokazaniem wkładu swego i "reszty Europy" w to całe przedsięwzięcie, plus kilka tablic pokazujących jak to przedsięwzięcie niby może pomóc nam w codziennym życiu, poprzez różne technologiczne "odpryski".

Wracamy. Na zewnątrz ciemno, w środku gładko jadącego pociągu czerwonej lini regionalnej jasno, koleżanka eksperymentuje z robieniem zdjęć tego co się odbija w szybie wagonu. W wagonie obok nas siedziało dwóch łysych facetów w średnim wieku, z czego każdy z nich wyglądał lekko zniwieściale. Jeden był ubrany w skórzane spodnie i sweter, a drugi w skórzaną kurtke i dżinsy, z czego odróżniał się od wszystkim tym, że chodził na bosaka.

A mnie tak wzieło na refleksjyjny nastrój, jak w czasie każdej podróży.