Blog Doktora No

Blog geeka o komiksach, filmie, anime oraz nauce i technice.

Polska polityka bezpieczeństwa na nowe dziesięciolecie

Polska weszła w XXI wiek jako kraj niepodległy, zintegrowany ze strukturami NATO i UE. Wydaje się, że w najbliższej perspektywie Polsce nie grozi agresja z zewnątrz z niczyjej strony, a nawet tak głośne w ostatnich latach zagrożenie terroryzmem omija nasz kraj.

Trzeba jednak pamiętać, że bezpieczeństwo międzynarodowe rozpatrujemy obecnie w wymiarze znacznie wykraczającym poza jego klasyczne rozumienie w wymiarze dyplomatyczno-militarnym, przykładem niech będzie zbitka "bezpieczeństwo energetyczne" o której głośno jest w kontekście naszego uzależnienia od dostaw rosyjskiego gazu ziemnego i prób jego dywersyfikacji źródeł jego dostaw. Jak ostatnio zauważył gen. Koziej, szef BBN, świat XXI wieku jest coraz bardziej ze sobą powiązany więzami informatycznymi i gospodarczymi, nazwanymi przez niego "glob-info", i w takim świecie klasyczna agresja się po prostu nie opłaca. Niemniej jednak pan generał przytomnie w zalinkowanym wywiadzie zauważył że "nowy paradygmat [postrzegania bezpieczeństwa nie oznacza abstrahowania od fizycznego potencjału, na przykład konieczności rozwoju armii". W niniejszym tekście postanowiłem wypunktować moje własne przemyślenia na ten temat. 

Po pierwsze: gospodarka, głupcze! 

Słynny slogan prezydenta Billa Clintona jest tu na miejscu, gdyż potencjał gospodarczy danego kraju jest jednym z najważniejszych czynników kształtujących siłę (ang. "power") danego kraju na arenie międzynarodowej.

Jeżeli by porównać budżet państwa do krojenia tortu, to jeżeli ten "tort" jest większy, to naturalną koleją rzeczy wojsko dostanie więcej środków, nawet wtedy, gdy procentowo będzie to udział mniejszy niż w przypadku mniejszego "tortu". 

Przykład współczesnej Azji pokazuje, że wraz ze wzrostem PKB kraju wzrastają jego możliwości militarne. Przez wiele lat wyjątkiem potwierdzającym tą regułę wydawała się być wspomniana wcześniej Japonia, gdzie posiadanie armii jest formalnie zakazane konstytucyjnie), a w praktyce kraj ten przechodzi niespotykaną w okresie powojennym remilitaryzację, a dodatkowo nowoczesna gospodarka dostarcza prężnego zaplecza naukowo-techniczego dla wojska. 

 Środki na wojsko i zbrojenia mogą pochodzić min. ze złóż surowców mineralnych, czego przykładem są kraje naftowe, kupujące zaawansowany sprzęt wojskowych (min. zakup rosyjskich MiGów przez Wenezuelę), "przeskakując" tym samym konieczność rozwoju własnego przemysłu obronnego.

Bardziej rozważne uczestnictwo naszej armii w misjach "zamorskich"

W tym punkcie trzeba wspomnieć o tym, że obecnie trwająca operacja w Afganistanie jest poważnym błędem, gdyż w praktyce eskalacja działań wojennych za rządów Obamy nie przynosi rezultatów. Łatwo się zapędzić w pułapkę błędnego koła, polegającą na tym, że dalsza obecność w tym kraju wojsk NATO wynika z wcześniejszego zaangażowania w tym kraju i obawy przed upokarzającą porażką w przypadku wycofania się.

Polska angażując i poświęcając środki na Afganistan pozbawia się zasobów, które mogły by być wykorzystane na modernizację naszej armii. Kilka krajów już wycofało się z Afganistanu. Moim zdaniem my powinniśmy zrobić to samo i to szybko, gdyż dalsze uczestnictwo misji ISAF nie leży w interesie naszych sił zbrojnych.

Zupełnie niezauważenie przeszła przez media polska misja w Czadzie, w ramach sił pokojowych Unii Europejskiej, działajacych pod mandatem ONZ. Moim zdaniem powinniśmy uczestniczyć właśnie w takich misjach, niż zużywać środki na zadania, które nie przynoszą nam korzyści, poza domniemanym długiem wdzięczności u Amerykanów (Polecam mój wcześniejszy tekst na ten temat: "Dlaczego nie powinniśmy bardziej angażować się w Afganistanie?").

Co do Iraku to można powiedzieć krótko: z tej misji nie wyciągnęliśmy żadnych konkretnych korzyści, poza zdobyciem kilku nowych doświadczeń przez naszą armię. Zaprawdę, wygląda to na bardzo skromnie wynagrodzenie za bycie "listkiem figowym" dla wojny, co do której sensu sami Amerykanie mają pewności. 

Rozwój własnej broni rakietowej

Tytułem wstępu można śmiało powiedzieć, że broń rakietowa we współczesnych stosunkach międzynarodowych działa tak jak sześciostrzałowiec Peacemaker zakładów Colta na Dzikim Zachodzie – bardzo skutecznie wyrównuje siły między aktorami, bo byle chłystek jest w stanie położyć trupem dużego brutala.

Broń rakietowa to nie tylko rakiety transkontynentalne i pociski samosterujące, kojarzące się z arsenałami nuklearnymi supermocarstw. To przecież także ręczne wyrzutnie pocisków przeciwpancernych i przeciwlotniczych (MANPADS) oraz rakiety operacyjne dla sił lądowych i pociski tworzące sieci obrony przeciwlotniczej.

Polska na swoim koncie ma osiągnięcia w tej dziedzinie, min. zestaw przeciwlotniczy Grom (widoczny na zdjęciu obok), będący krajową wersją rosyjskiej "Igły", czy udaną modernizację zestawów rakiet "Newa".

Ciężko jest oprzeć obronę p.lot. naszego kraju o założenie, że Amerykanie rozmieszczą baterie Patriotów. Do skutecznej obrony przez napadem lotniczo-rakietowym potrzebujemy naszych własnych systemów obrony przeciwlotniczej, będących pod polskim dowództwem. Jesteśmy za biedni na to, aby samemu opracować taki system, niemniej warto pomyśleć o kooperacji z innymi państwami na tym polu np. w ramach konsorcjum MBDA (dawniej Euromissle) w celu zdobycia know-how i rozwoju własnych zdolności w tym zakresie. W końcu trzeba będzie kiedyś zastąpić starzejące się systemy produkcji rosyjskiej będące na wyposażeniu naszej obrony przeciwlotniczej, takie jak S-125 (SA-3 "Goa") i S-200 (SA-5 "Gammon").

Rozwój własnych bezzałogowych systemów rozpoznania

Na pewno każdy słyszał o bezzałogowych samolotach "Predator", używanych przez Amerykanów do tajnych misji na pograniczu afgańsko-pakistańskim i Jemenie, min. do zabijania członków Al-Kaidy i dowódców oddziałów Talibów. 

Amerykański bezzałogowiec  RQ-7 Shadow w Iraku

Na współczesnym polu walki coraz częściej urzeczywistniają się wizje rodem z powieści i filmów Science-Fiction. Armia amerykańska w Iraku powszechnie używa niewielkich zdalnie sterowanych robotów jeżdżących do rozbrajania bomb i zwiadu. Oprócz wspomnianych na początku maszyn "Predator" w użyciu są też mniejsze jednostki latające, które mogą pełnić nawet funkcje transportowe (np. zrzucając niewielkie pakunki z apteczkami). Roboty nie męczą się, łatwo je zastąpić nowymi i potrafią wyręczać ludzi w sytuacjach niebezpiecznych – korzyści z ich stosowania są oczywiste. W opracowaniu są już nawet maszyny kroczące (min. robot "Big Dog", pomyślany jako "muł" do noszenia broni i amunicji).

Jeszcze raz powraca problem rozsądnego gospodarowania ograniczonymi zasobami – rozwój tego typu technologii nie wymaga dużych nakładów finansowych, szczególnie w przypadku pojazdów latających. Gdybyśmy intensywniej rozwijali naszą własną technologię tego typu pojazdów, to nie musielibyśmy kupować bezzałogowce od izraelskiego koncernu ADS dla naszych żołnierzy w Afganistanie. Puki co powstało kilka naszych własnych i obiecujących prototypów, ale gdybyśmy przeznaczyli na to więcej środków, to postęp byłby zdecydowanie szybszy.

Większa troska o "bezpieczeństwo cybernetyczne"

Na początek trzeba stwierdzić, że termin "cyberwojna" jest nadużyciem (Polecam tekst Robert Grahama, specjalisty od zabezpieczeń, na ten temat) gdyż coś takiego jak "cyberbroń" nie istnieje. Istnieje jednak bardzo specjalistyczna gałąź wiedzy z dziedziny informatyki, która może być używana do atakowania i obrony sieci i systemów komputerowych, tak prywatnych jak i publicznych. Nasze życie w coraz większym stopniu zależy od systemów informatycznych nadzorujących min. pracę elektrowni i linii przesyłowych, przemysłu, banków i giełd papierów wartościowych itp. Część z tych systemów jest – na razie – oddzielona od Internetu, ale korzyści z podłączenia ich do globalnej sieci są zbyt oczywiste i dlatego można się spodziewać integracji z nią, która może otworzyć pole do popisu dla komputerowych włamywaczy i dywersantów. 

Mówiąc krótko, trzeba rozwijać odpowiednie kadry specjalistów ds. zabezpieczeń systemów komputerowych pracujących dla rządu i wojska. "Cyberwojna", jeżeli mamy się tego terminu trzymać, wymaga nakładów nie na kosztowny sprzęt ale na kadry, które mają być sprytniejsze od przeciwnika, którym mogą być hakerzy pracujący dla obcego rządu lub grup terrorystycznych i przestępczych.

Należy przy tym uniknąć pułapki polegającej na zastosowaniu schematów myślenia z wojny konwencjonalnej w wymiarze cybernetycznym (np. haking jest zajęciem oportunistycznym – hakerzy i krakerzy włamują się tam gdzie im łatwiej, a nie w konkretne miejsce).

Osobnym zagadnieniem jest rozwój kryptografii – w czasie wojny polsko-bolszewickiej w 1920 roku polscy kryptolodzy złamali sowieckie szyfry, co dało przewagę wojsku polskiemu. Pamiętajmy o tej lekcji z historii także w XXI wieku.

Bardziej realistyczne podejście do naszych sojuszy i partnerów

Musimy sobie powiedzieć jasno: musimy skończyć z bezkrytycznym zaufaniem wobec Amerykanów i ich polityki zagranicznej. Zresztą jeżeli uważamy, że więzi z USA są dla nas istotne pod względem strategicznym, to dlaczego mamy popierać nieodpowiedzialną politykę amerykańską, która na dłuższą metę osłabia naszego sojusznika?

USA obecnie przeżywa nie tylko głęboki kryzys gospodarczy, ale też kryzys swojej mocarstwowej roli, spowodowany przez nierozważna unilateralną politykę Georga W. Busha. Polityka ta, którą profesor Stephen Walt poddał na łamach Foreign Policy miażdżącej i dobrze uargumentowanej krytyce, naraziła USA na erozje miękkiej siły ("soft power", w rozumieniu Josepha Nye’a), zmarnowanie gigantycznych zasobów pieniężnych i po prostu stracenia bezcennego czasu na operacje która nie przyniosła żadnych konkretnych korzyści. Irak jest obecnie jednym z najbardziej skorumpowanych, najniebezpieczniejszych i niestabilnych państw świata.

Dla USA Polska nie jest krajem zasługującym na specjalne traktowanie, a puste gesty w postaci przesyłania nam zdezelowanego sprzętu, który Amerykanie u siebie najprawdopodobniej by złomowali, powinny budzić zażenowanie. 

Jesteśmy w końcu członkami UE, która rozwija własne struktury bezpieczeństwa w wymiarze militarnym. Polska powinna więc bardziej aktywnie uczestniczyć w tych inicjatywach, w szczególności w ramach Trójkąta Weimarskiego. Nieprzypadkowo w niektórych podpunktach niniejszego wywodu zwracam uwagę na konieczność rewizji naszego stosunku do Amerykanów i konieczność większego zaangażowania się w europejskie inicjatywy z dziedziny bezpieczeństwa i wojskowości.

 Amerykanie tak czy siak mają wobec nas zobowiązania wynikające z członkostwa w NATO, ale nasze więzy z Francją i Niemcami są po prostu silniejsze. W Polsce do UE podchodzi się jako do maszynki udzielającej nam pomocy finansowej, w której to nasi politycy mają "bronić polskich interesów" (a im głośniej, tym niby lepiej). Zapomina się o tym, że nie można być traktowanym poważnie, jeżeli nie uczestniczy się w strategicznie istotnych filarach integracji.
 

Wietnam i USA: bliscy a jednocześnie dalecy partnerzy.

Dawni wrogowie mogą zostać przyjaciółmi – o ile mają wspólne interesy. Tak można podsumować najnowsze trendy w relacjach wietnamsko-amerykańskich.

Kiedy słyszymy słowo „Wietnam” wtedy to na myśl przychodzi jedna z najkrwawszych wojen drugiej połowy XX wieku, którą to Amerykanie pamiętają jako wielkie upokorzenie, a w zależności od zapatrywań politycznych albo jako wojnę niesprawiedliwą albo po prostu źle przeprowadzoną. Ciągle w popkulturze amerykańskiej widać nawiązania do tego konfliktu, nie mówiąc o tym że każda współczesna wojna w którą zaangażowani są Amerykanie i która źle im idzie jest machinalnie porównywana do tamtego konfliktu.

W 1995 roku nastąpiła oficjalnie pełna normalizacja stosunków dwustronnych między Stanami Zjednoczonymi a Wietnamem, a 28 Lipca tamtego roku Wietnam stał się pełnoprawnym członkiem ASEANu. Wizyty urzędujących amerykańskich prezydentów, podobnie jak rozmowy bilateralne między dyplomatami różnego szczebla obu krajów stały się normą. Zaszłości historyczne i wciąż żywe emocje towarzyszące wojennej przeszłości, a także różnice ustrojowe mogły by być czynnikami utrudniającymi osiągnięcie wzajemnego zrozumienia i pogłębienia współpracy, tymczasem rzeczywistość przeszła najśmielsze marzenia sprzed kilkunastu lat.

Zapowiedzi szerszej współpracy na polu militarnym pojawiły się w 2006 roku a zostały skonkretyzowane w 2008 i ma ona na celu szerszy dialog strategiczny między dwoma krajami, wspólne przygotowywania do misji pokojowych ONZ, pomoc przy klęskach żywiołowych czy potencjalną sprzedaż broni oraz części zamiennych do wciąż używanego przez Wietnam amerykańskiego sprzętu, zostawionego przez Amerykanów po wojnie. Ówczesny zastępca sekretarza obrony USA, James Clad, powiedział, że Waszyngton po prostu chce rozwinąć taką samą współpracę wojskową z Wietnamem jak z innymi krajami regionu: „Byłoby błędem nazwać to jako coś bardzo bilateralnego. Mamy, na przykład, rutynową wymianę z Malajami, Indonezyjczykami, Filipińczykami i Tajami. Sądzę że jako duży członek ASEANu Wietnam coraz bardziej wchodzi w taki świat”.

Jednocześnie warto zwrócić uwagę na to, że Wietnam stara się jednocześnie brać korzyści ze współpracy militarnej z Rosją, co zresztą ma swoje korzenie w współpracy z czasów sowieckich, i obecności rosyjskiego sprzętu wojskowego w arsenale tamtejszej armii, oraz polityce zachowania pewnej równowagi między mocarstwami.

Gospodarka, czyli „sukces, wielki sukces”

Tym cytatem Ho Chi Mihna o narodowej jedności można by scharakteryzować postępy gospodarczego liberalizmu, którego początkiem była polityka doi moi, wprowadzona w 1986 roku, polegająca na urynkowieniu, prywatyzacji, kooperacji z zagranicznymi koncernami i otwarciu na świat. W 1993 roku zgodnie z danymi rządowymi blisko 60% ludności żyło poniżej granicy ubóstwa, a w roku 2004 wskaźnik ten zmalał do 20%. Współczynnik HDI (Human Development Indicator) wynosi 0,725 i plasuje Wietnam na 116 miejscu w rankingu światowym w tej dziedzinie, i na 61 miejscu (na 111 miejsc) w rankingu „Worldwide Quality-of-life Index” magazynu „The Economist”.

Wiele „prywatnych” przedsiębiorstw jest w istocie przedsiębiorstwami których właścicielami są członkowie partii oraz ich krewni i znajomi. Elity partyjne z biegiem czasu zaczynają przekształcać wietnamski kapitalizm w rodzinne przedsiębiorstwo. Trzeba mieć na uwadze, że model „państwowego kapitalizmu” jest powszechny w krajach nowouprzemysłowionych (NIC) tego regionu i był podstawą ich sukcesu gospodarczego. Podobne wielkie konglomeraty powstawały w Korei Południowej (koncerny Hyundai, Samsung, Daweoo itp.) i mogą przykładami na fundamenty azjatyckiego kapitalizmu opierającego się na rodzinnych firmach, blisko związanych z rządem.

Widać też podobne scalenie się sfery rządowej i biznesowej, oraz biurokracji państwowej. Można się spotkać z komentarzem, że ideałem Partii komunistycznej Wietnamu jest zapożyczony z Francji model „gaulistowski”, w którym to silna partyjna elita wyznacza cele i koordynuje działania prywatnego biznesu i rządu (również opanowanych i kontrolowanych przez partię).

Rozwój gospodarczy Wietnamu jest istotnym kontekstem rozwoju stosunków bilateralnych i relacji z innymi krajami regionu.

Bezpieczna przystań dla U.S. Navy

Jedną z charakterystycznych objawów współpracy amerykańsko-wietnamskiej są wizyty amerykańskich okrętów wojennych w porcie wybudowanym przez samych Amerykanów na potrzeby wojny.

Mimo iż wizyty amerykańskich okrętów w wietnamskich portach stały się czymś normalnym, to jednoczenie wprowadzono ograniczenia tychże wizyt do jednej w roku, przy zapewnieniu identycznych praw do zawijania do portu dla okrętów chińskich. Mimo tego ograniczenia Amerykanie mają potencjalny zalążek do stworzenia trwałej i bezpiecznej przystani, która może być przydatna na okres kryzysu.

Trzeba pamiętać o tym, że na wskutek żelaznych praw rządzących stosunkami między mocarstwami, ekspansja Chin będzie dotyczyła zwiększania swoich możliwości w dziedzinie projekcji siły na morzu, w celu zabezpieczania szlaków handlowych i (współcześnie) przewozu surowców strategicznych (min. ropy) drogą morską (tą prawidłowość wykazał już pod koniec XIX wieku admirał Mahan w pracy „Influence of Sea power upon history”).

Współpraca Wietnamu i USA jest środkiem na skontrowanie tych ambicji. Amerykańska polityka wykazuje wyraźny trend w zawieraniu sojuszy między państwami regionu w celu realizacji klasycznej polityki „containment” („powstrzymywania”) wobec potencjalnych regionalnych ambicji Chin w tym regionie świata. Bez wątpienia Wietnam jest beneficjentem „Pax Americana” w regionie, gdyż stabilność gwarantowana przez Amerykanów odciąża ten kraj w tym wymiarze polityki zagranicznej.

Warto wspomnieć, że Chiny nie mają szczególnej sympatii wśród narodów Azji i Pacyfiku. Tylko 10% Japończyków, 21% południowych Koreańczyków i 27% Indonezyjczyków w badaniach przeprowadzonych przez Chicago Council on Global Affairs wyraziło się pozytywnie o Chinach jako potencjalnym regionalnym przywódcy Azji.

Pamiętajmy, że Chiny i Wietnam mają wiele punktów spornych i zaszłości, wystarczy przypomnieć krótką, ale krwawą wojnę graniczną między tymi dwoma krajami z 1979 roku. Współczesnym przykładem na tarcia niech będzie rywalizacja o wpływy w Laosie, czy spór o Wysp Spratly, które są punktem spornym między wszystkimi państwami tego regionu, zaognionym z powodu istniejących tam złóż ropy naftowej i gazu, bardzo potrzebnych szybko rozwijającym się gospodarkom „azjatyckich tygrysów” i Chin.

Po lewej: dawna mapa wysp Spratly ukazanych jako część Wietnamu, po prawej część tego archipelagu na starej mapie jako część Chin.

Ocieplenie w klimacie lekkiej paranoi

Mimo zadziwiającego postępu w rozwoju stosunków dwustronnych nie wszystko idzie jak po maśle. Profesor Ta Minh Tuan z Dyplomatycznej Akademii Wietnamu wymienił wśród czynników utrudniających wzajemne relacje zagadnienia z dziedziny praw człowieka, większy priorytet USA na stosunki z innymi krajami regionu oraz dziedzictwo wojny (np. wciąż na terenach spryskanych w czasie wojny herbicydem „Agent Orange” rodzą się dzieci z wadami wrodzonymi będącymi efektami działania toksycznych chemikaliów). Jako czynniki stwarzające okazje do współpracy profesor Tuan wymienił min. brak problemów związanych z proliferacją nuklearną czy wspólne zainteresowanie przeciwdziałaniu klęską żywiołowym i zmianom klimatu.

Na portalu „Asia Times Online” autor podpisujący się nickiem The Hanoist wymienia przypadki nieufności władz Wietnamu do niektórych oficjeli amerykańskich. I tak pod koniec 2008 roku odmówiono przyjęcia attaché wojskowego do ambasady USA w Hanoi z powodu jego pochodzenia. Mowa o pułkowniku Patricku Reardonie, urodzonym w Wietnamie i adoptowanym przez amerykańską parę gdy był jeszcze niemowlęciem. Innym przykładem na podejrzliwość władz wietnamskich niech będzie odkładanie wizyty tamtejszego ministra obrony narodowej Quang Thanha w grudniu 2009, ze względu na różnice w politbiurze KPW na temat celu tejże wizyty.

Sam minister obrony narodowej uchodzi za osobę o zapatrywaniach prozachodnich, podczas gdy jego zastępca gen. Nguyen Chi Vinh za istotne uważa więzi z Chinami i raczej niechętnie patrząc na bliższe związki z USA. Widać więc, że Wietnam zachowuje się dwuznacznie w stosunkach z USA, co jest jest z jednej strony wynikiem podejrzliwości w sprawie tego jakie idee mogą przyjść z Ameryki w czasie np. wspólnego szkolenia personelu wojskowego. Po prostu partia komunistyczna boi się o swój ideologiczny monopol w kraju, ale z drugiej strony geopolityczne realia wyraźnie podpowiadają zbliżenie z USA w celu równoważenia Chin.

Ta dwuznaczność jest dobrze zilustrowana wietnamskim powiedzeniem: „Zbyt blisko Chin i tracisz państwo, zbyt blisko Ameryki i tracisz partię”. Jak sugeruje Hanoist, będziemy mogli się spodziewać cyklicznego ochładzania i ocieplania wzajemnych stosunków.

Źródło ilustracji: Wikipedia.

Do poczytania:

Ian Bremmer: The rise of Vietnam

Bloomberg.com: Vietnam, U.S. Will Expand Military Links, Hold Talks Next Year

Ta Minh Tuan: The Future of Vietnam-U.S. Relations

Rola zagranicznej współpracy gospodarczej w wietnamskich reformach doi moi

The Hanoist: Vietnam’s guarded US embrace

„Stulecie Pacyfiku: Wielki biznes i Duch Konfucjusza”

Mr. Obama idzie na wojnę

1 Grudnia b.r. w swoim przemówieniu prezydent USA Barrack Obama obiecał dodatkowe 30.000 żołnierzy oraz konkretny termin wycofania większości sił i przekazania w pełni władzy Afgańczykom.

Szczerze mówiąc mam poważne wątpliwości, czy samo postawienie na zwiększenie liczebności sił NATO jest rozwiązaniem problemu.

Jeżeli chcemy być realistami, i pod tym kątem analizować sytuacje w tamtym regionie świata, to najpierw musimy spojrzeć na geograficzne położenie Afganistanu i sąsiadujące z nim kraje i ich interesy. Afganistan leży na styku wpływów Rosji, Iranu, Pakistanu, Indii i Chin, stanowiąc obszar rozdzielający te strefy i stojąc na szlaku tranzytowym między tymi państwami.

 Przede wszystkim ewentualny powrót Talibanu do tego kraju wzmocniłby pozycje Iranu i Pakistanu. To nie jest na rękę Indiom, które mają trwający od 60 lat konflikt z Pakistanem o Kaszmir, z kolei dla Pakistanu islamskie organizacje bojowe są elementem przeciwwagi dla Indii, znacznie bardziej ludnych i zasobnych. Nie wykluczone jest – jak sugeruje Daniel Twining – że to właśnie Indie będą musiały wziąć na siebie część odpowiedzialności za Afganistan w przyszłości, gdyż leżało by to w ich interesie.

Należy powtórzyć jeszcze raz, że wszelkie budowanie scentralizowanego organizmu państwowego w Afganistanie jest praktycznie nie możliwe w akceptowalnym przedziale czasowym; tamtejsze społeczeństwo od wieków jest przyzwyczajone do klanowej i plemiennej struktury, w której najwyższą powszechnie tam akceptowaną instancją jest zgrowadzenie zwane Loją Dżirgą. Tak więc trzeba zapomnieć o demokracji w stylu zachodnim, tym bardziej, że ostatnie wybory prezydenckie odbyły się w atmosferze skandalu i oskarżeń o manipulacje.

Stabilizację w Afganistanie może więc przynieść nie tylko zaangażowanie zainteresowanych nią państw ościennych, czy militarne akcje przeciw Talibom, ale po prostu dogadywanie się z lokalnymi przywódcami plemiennymi, organizowanie spośród nich opozycji antytalibskiej czy wykorzystywanie animozji do osiągnięcia lokalnej równowagi, tak aby zmniejszać swoją obecność wojskową bez obawy o destabilizacje.  NATO nie może sobie pozwoli na długotrwały i wyczerpujący konflikt, grożący demoralizacją i kompromitacją Sojuszu. Dodajmy do tego jeszcze wspomnianie wcześniej balansowanie z dystansu ("off-shore balancing") polegające na zangaarzowaniu regionalnych aktorów i szybkich akcjach militarnych w formule uderzeń lotniczych i sił specjalnych.

Jednak obawiam się, że wojna w Afganistanie zużyje czas i środki jakie Ameryka mogła by przeznaczyć na problemy strategiczne w innych regionach świata. I tak Japonia zaczyna okazywać chęć przemyślenia traktatu obronnego z USA, który jest solą w oku z jednej strony japońskich pacyfistów, a z drugiej strony "normalistów" pragnących "normalnej", zremilitaryzowanej Japonii.

Wśród innych sygnałów widać jak Turcja, tradycyjnie znajdująca się na pograniczu Orientu i Zachodu, spogląda coraz dalej w kierunku tego pierwszego, co może spowodować utratę sojusznika w tym regionie świata przez państwa Zachodnie. Nawet Brazylia zaczyna czuć się pewniej na półkuli zachodniej, nie mówiąc o Rosji i powoli wzrastających potęgach Chin i Indii.

Na razie te trendy nie grożą pozycji numer jeden USA w ładzie światowym, ale powoli te procesy będą przyczyniały się do osłabienia atrakcyjności relacji z Ameryką dla mniejszych państw.

Wielobiegunowość nie jest sama z siebie zła, ale z punktu widzenia takiego kraju jak Polska, dla którego zaangażowanie USA w Europie jest istotne dla naszego bezpieczeństwa, osłabienie Ameryki jest nie po drodze, przynajmniej przez najbliższe 20-30 lat. Oczywiście trzeba tu podkreślić, że przez ostatnie lata nasze stosunki z USA odbywały się na zasadzie że my bierzemy na siebie trudne wyzwania militarne, bez zasadniczego targowania się o więcej, a od USA otrzymamy ledwie kilka sztuk starego sprzętu oraz MSBSWM czyli "Moralną Satysfakcje Bycia Sojusznikiem Wielkiego Mocarstwa". Nie chcę mi się znowu powtarzać, ale muszę, że czas z tym skończyć.

Do poczytania:

Dlaczego nie powinniśmy bardziej angażować się w Afganistanie?

Daniel Twining: What is Obamas’ real exit strategy for afghanistan and why it matters to India

Stephen Walt: The hidden costs of the afghan escalation.

Afghanistan’s politico-military answer, by Lawrence Sellin

Remilitaryzacja Japonii

Michael Elliott: Rethinking an Alliance

Japan’s Relationship With U.S. Gets a Closer Look

Iran, Afghanistan to test Turkish-U.S. ties

Dlaczego nie powinniśmy bardziej angażować się w Afganistanie?

No i proszę, wśród państw NATO trwa "zrzutka" na dodatkowe siły które miały by pójść na wojnę do Afganistanu. Tymczasem Polska od pewnego czasu realizuje idee pójścia na pierwszą linię, bez zastanowienia się nad celowością i dostępnymi środkami.

Po pierwsze: naszego kraju najzwyczajniej w świecie nie stać na skrajnie niebezpieczne i ryzykowne misje zagraniczne. Polska armia jest w praktycznej rozsypce, po zniesieniu poboru, w sytuacji braku sprzętu i funduszy. Priorytetem Wojska Polskiego powinien być konstytucyjny obowiązek obrony narodowej, co raczej trudno przedsiębrać, gdy na generała przypada 1,23 szeregowca. Nie chcę tu argumentować, abyśmy pospiesznie wycofali się z Afganistanu; chodzi mi o to, aby zdawać sobie sprawę z istotnych ograniczeń.
 

Po drugie: Powinniśmy skończyć z postawą wypełniania niby to koniecznych powinności wobec naszych sojuszników, w sytuacji, gdy nie mamy nic konkretnego w zamian, poza tak czy siak obowiązującymi zobowiązaniami w ramach NATO. Stosunki międzynarodowe nie opierają się na wzajemności – ma ona miejsce wtedy, gdy drugiej stronie to się opłaca. Afganistan jest bardziej problemem amerykańskim niż polskim.

Po trzecie: Amerykanie sami muszą przemyśleć, co powinni zrobić w Afganistanie. Najwyraźniej prezydent Obama zaakceptował pomysły wojskowych, aby zwiększyć obecność wojskową w tym kraju, na wzór iracki. Koncepcja przeciwdziałania partyzantce jaka krystalizuje się w głowach ekspertów i wojskowych z Pentagonu polega na budowaniu silnego państwa, oraz "zdobyciu serc i umysłów" społeczeństwa, co oczywiście idzie w parze z obecnością wojskową. Tymczasem wcale nie musi to zakończyć się powodzeniem.

Sama obecność wojskowa jest uciążliwa dla ludności danego kraju.  Może dostarczać propagandowego argumentu talibom i Al-Kaidzie, którzy to będą utrzymywać, że faktycznym celem obecności wojsk zachodnich jest neokolonializm oraz bardzo głęboka ingerencja w tamtejsze społeczeństwo. Poza tym zawsze zdarzy się sytuacja, że bomby spadną tam gdzie nie trzeba, zawsze dojdzie do ostrzelania cywili, zawsze ktoś popełni błąd kosztujący życie niewinnych ludzi. To wszystko osłabia pozycje obcych wojsk w oczach ludności cywilnej.

Zasadniczo budowanie państwa polega na tworzeniu scentralizowanego aparatu państwowego. I tu jest haczyk: tworzenie takiego organizmu naturalną koleją rzeczy wadzi z wolą społeczeństwa, które przyzwyczajone jest do bardziej luźnej, wręcz plemiennej struktury społecznej, co z kolei jest naruszeniem punktu drugiego, "wygrywania serc i umysłów". Co więcej, tworzenie państwa oznacza też homogenizacje społeczną (co jest kłopotliwe w społeczeństwie podobnym do afgańskiego), oraz sprzyja narastaniu napięć pomiędzy peryferiami a centrum, nie mówiąc o tym, że demokratyzacja i decentralizacja są raczej luksusem ustabilizowanych społeczeństw.. Budowanie państwa wygląda na strategie bardziej rozsądną niż stosowanie brutalnej siły, ale nie oznacza wcale, że jest automatycznie przez to skuteczniejsza. Naturalnie będziemy musieli poczekać na ogłoszenie nowej strategii afgańskiej przez Barracka Obamę, 1 Grudnia b.r. – wtedy będziemy mogli szerzej na ten temat porozmawiać.

Należy zadać sobie fundamentalne pytanie: co jest celem misji NATO w Afganistanie? Na pewno absolutnym minimum jest zapobieżenie powrotu Al-Kaidy do tego kraju, gdzie mogła by szkolić nowych terrorystów. Tylko że szkopuł tkwi w tym, że globalna i zdecentralizowana Al-Kaida nie potrzebuje stałych obozów szkoleniowych w jednym kraju, a poza tym jeżeli problem afgański zredukujemy do tego jednego problemu, to logicznie rzecz ujmując nie ma znaczenia, kto rządzi w Kabulu. Grunt, aby nie było terrorystów. 

Rozwiązaniem może być lansowane przez realistów balansowanie z oddali ("off-shore balancing"), zmniejszanie obecności wojskowej (!) i poprzestanie na "przekupieniu" lokalnych sił w zamian za utrzymanie spokoju i względnej stabilności, dogadywanie się z różnymi frakcjami itp. Sytuacja w Iraku zaczęła się stabilizować przed przegrupowaniem wojsk ("surge"), dlatego, że zaczęto wchodzić w układy z lokalnymi grupami sunnickimi, które porzuciły walkę z siłami koalicji w zamian za pewną legitymizacje i zostawienie w spokoju.

Na koniec można powiedzieć, że obliczu powyższych wątpliwości i spostrzeżeń pchanie się Polski na pierwszą linię w Afganistanie jest nierealistyczne i nieracjonalne. Możemy być dalej lojalnym sojusznikiem USA i partnerem w NATO, bez potrzeby podejmowania działań ponad nasze siły.

Do poczytania:

http://www.rp.pl/artykul/55330,397625_Sojuszniku__maszeruj_do_Afganistanu.html

http://www.rp.pl/artykul/55330,397982_Zachod_zbiera_sily_na_wojne_.html

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1356,title,Szef-NATO-do-Afganistanu-trzeba-wyslac-wiecej-zolnierzy,wid,11724695,wiadomosc.html http://www.nytimes.com/2009/11/11/world/asia/11policy.html?_r=1&ref=world

http://walt.foreignpolicy.com/posts/2009/08/18/the_safe_haven_myth

http://afpak.foreignpolicy.com/posts/2009/11/24/counterinsurgency_is_a_bloody_costly_business

http://en.wikipedia.org/wiki/Counterinsurgency
 

Kłopoty szefa „Blackwater”, albo Machiavelli by się uśmiał (aktualizacja)

W piątkowej "Rzeczpospolitej" ukazał się artykuł o kłopotach właściciela firmy ochroniarskiej "Blackwater". Otóż, anonimowi pracownicy, pod przysięgą, zeznali że w firmie panuje atmosfera przyzwolenia na nadużycia, posiadanie nielegalnej broni, zażywanie środków dopingujących i zabijanie dla zabawy, oraz że szef, Erik Price, uważa siebie za współczesnego krzyżowca prowadzącego wojnę z całym islamem.

W tym samym czasie amerykańscy (i nie tylko) żołnierze ryzykują życiem, aby w ramach wojny czwartej generacji odebrać terrorystom argumenty propagandowe, min. poprzez unikanie strat wśród ludności cywilnej. Nie trzeba dodawać, że brak odpowiedzialności, połączony z takim a nie innym nastawiem pracowników Blackwater skutecznie niweczy wszelkie starania żołnierzy (których z kolei łatwiej jest ukarać za ewentualne zbrodnie i nadużycia) i oddala zwycięstwo Amerykanów.

Dodatkowo powyższe zeznania (dostępne na stronie gazety "The Nation") to woda na młyn islamistów; a problemu by nie było, gdyby nie neoliberalna ortodoksja, nakazująca prywatyzowanie wszystkiego co się da, połączona z ewidentnym "kolesiostwem" (o kulisach militarnego outsourcingu napisał swego czasu Piotr Wołejko).

Konwencje genewskie jako najemnika traktują osobę, która dobrowolnie i za pieniądze po prostu walczy po jednej ze stron dla korzyści materialnych i osobistych i nie jest członkiem sił zbrojnych danego państwa. Pracownicy Blackwater działają w szarej strefie, bo są po prostu uzbrojonymi cywilami i do odpowiedzialności można pociągnąć ich tylko na gruncie prawa cywilnego i karnego państwa gdzie popełnią przestępstwa. Jako że Irak ma nawet problemy z zapewnieniem bezpieczeństwa własnym obywatelom, a USA nie mają zwyczaju deportować swoich własnych obywateli, to w praktyce otrzymujemy wręcz bezkarność.

Poza tym prywatyzacja wcale nie oznacza większej opłacalności; Blackwater się ceni, i wynagrodzenie wynosi więcej niż żołd żołnierza US Army, poza tym kadry tej firmy to w większości byli żołnierze, a więc ludzie, w który rząd amerykański zainwestował kupę pieniędzy poprzez szkolenie itp. Gdzie więc tu opłacalność? Daleki jestem od demonizowania prywatnych agencji ochroniarskich, ale widać gołym okiem że w tej dziedzinie sprawy zaszły zbyt daleko. I nie trzeba szukać przykładów w odległej Ameryce; nie tak dawno temu ochroniarze firmy Zubrzyckiego szturmowali budynek KDT, używając granatów gazowych, na które to pozwolenia nie mieli.

A skąd Machiavelli w tytule? Otóż już 500 lat temu tenże filozof zauważył trafnie, że z punktu widzenia racji stanu najemnikom po prostu nie można ufać…

 

Do poczytania:

http://www.rp.pl/artykul/345570.html
http://s3.amazonaws.com/thenation/pdf/JohnDoe1Declaration.pdf
http://s3.amazonaws.com/thenation/pdf/JohnDoe2Declaration.pdf
http://niepoprawni.pl/category/tagi-z-blogow/blackwater 

Sprostowanie:

Zrobiłem mały błąd: najemnicy w/g Konwencji Genewskich nie są członkami sił zbrojnych danego państwa. W niczym to oczywiście nie zmienia problemu odpowiedzialności najemników. Za pomyłkę przepraszam.

Artykuł 47 – Najemnicy
1. Najemnik nie ma prawa do statusu kombatanta lub jeńca wojennego.
2. Określenie "najemnik" dotyczy każdej osoby, która:
(a) została specjalnie zwerbowana w kraju lub za granicą do walki w konflikcie zbrojnym;
(b) rzeczywiście bierze bezpośredni udział w działaniach zbrojnych;
(c) bierze udział w działaniach zbrojnych głównie w celu uzyskania korzyści osobistej i otrzymała od
strony konfliktu lub w jej imieniu obietnicę wynagrodzenia materialnego wyraźnie wyższego od tego,
które jest przyrzeczone lub wypłacane kombatantom mającym podobny stopień i sprawującym podobną
funkcję w siłach zbrojnych tej strony;
(d) nie jest obywatelem strony konfliktu ani stałym mieszkańcem terytorium kontrolowanego przez
stronę konfliktu;
(e) nie jest członkiem sił zbrojnych strony konfliktu;
(f) nie została wysłana przez państwo inne niż strona konfliktu w misji urzędowej jako członek sił
zbrojnych tego państwa

 

 

„Stulecie Pacyfiku: Wielki biznes i Duch Konfucjusza”

W nawiązaniu do wczorajszej notki na temat remilitaryzacji Japonii, i geostrategicznej sytuacji w rejonie Pacyfiku dziś postanowiłem zaprezentować film pt. "The Pacific Century: Big Business and the Ghost of Confucius". Jest to jeden z odcinków rewelacyjnego serialu dokumentalnego pod tytułem "The Pacific Century", nakręconego na podstawie pracy zbiorowej pod tym samym tytułem. W poniższym filmie pokazano wpływ filozofii konfucjańskiej na współczesne dzieje krajów Azji Południowo-Wschodniej i Japonii, w szczególności na podejście tych krajów do zagadnień gospodarczych i społecznych:

http://video.google.com/videoplay?docid=-6745672640363157945

Remilitaryzacja Japonii

Twierdzenie, że świat się zmienia jest truizmem, a często to, co uważamy za rzecz trwałą potrafi nagle odejść w mrok dziejów.

Historia uczy nas że stałą cechą sceny międzynarodowej jest zmiana układu sił, a w ciągu dziejów na miejsce starych mocarstw przychodzą nowe. Ruchy na scenie międzynarodowej mogą być albo powolne niczym ruch płyt tektonicznych, lub wręcz przeciwne, bardzo gwałtowne, np. w wyniku wojen i kryzysów.

Tu chciałbym polecić lekturę znakomitej książki Paula Kennediego „Mocarstwa Świata Narodziny. Rozkwit. Upadek”, gdzie autor prześledził prawidłowości rządzące losem mocarstw na przestrzeni ostatnich 500 lat, gdzie jednym z wniosków jest to, iż kryzys imperium zaczyna się problemów gospodarczych.

 Kiedyś (przełom lat 80-90-tych) była modna teza o „Wieku Pacyfiku”, czyli o tym, że eurocentryczny układ świata, w którym to światowe centrum gospodarcze i globalne kierownictwo polityczne było skupione w rękach państw znajdujących się nad Atlantykiem (Europy i USA) przechodzi w ręce basenu Pacyfiku, czyli krajów Azji Południowo-Wschodniej, USA i Japonii. Za tą teorią stał dynamiczny rozwój gospodarczy krajów tego regionu, słynnych „Azjatyckich Tygrysów” (Tajwanu, Malezji, Singapuru itp.), powojenna odbudowa Japonii, nazwanej „gospodarczym supermocarstwem” przez Kissingera, oraz uśpiona potęga Chin, wybudzająca się po wiekach marazmu dynamicznym rozwojem gospodarczym. Rozwój gospodarczy był efektem specyficznej dla tego regionu świata mieszanki konfucjańskiego systemu wartości, stawiającego dobro ogółu nad prawa jednostki, oraz „państwowego kapitalizmu”, polegający na kontroli rządu nad gospodarką i powiązania elit rządowych z biznesowymi w ramach idei traktowania kraju jak jednej wielkiej rodziny. Konsekwencją tego stanu rzeczy było pogodzenie się prostych pracowników z niskimi płacami, w ramach oszczędzania na poczet przyszłości, co czyniło ich firmy bardzo konkurencyjnymi na światowym rynku.

Kryzys azjatycki końca lat 90-tych mocno podkopał tę teorię, a prymat USA wciąż jest niezachwiany. Tylko to państwo dysponuje decydującym głosem w kwestiach bezpieczeństwa w zapalnych punktach globu, w tym samym obszarze wschodniej Azji, czego przykładem jest problem Afganistanu i Pakistanu, czy nuklearnych zbrojeń Korei Północnej. Wbrew zapowiedziom, potęga gospodarcza Japonii nie przełożyła się na jej wpływ na bieg światowej polityki, czy nawet na proces decyzyjny w międzynarodowych instytucjach finansowych. Przykładem na to niech będzie fakt, iż w latach 90-tych Japonia zaakceptowała wypracowany w ramach MFW neoliberalnego „konsensusu Waszyngtońskiego”, mimo iż ten kłócił się z „państwowym kapitalizmem”.

Jednak sposób w jaki funkcjonują stosunki międzynarodowe wykazuje pewne trwałe cechy, opisywane przez realistyczną szkołę stosunków międzynarodowych. Po pierwsze, aktorami są ciągle państwa. Po drugie, relacje między nimi są w dalszym ciągu kształtowane przez kwestie bezpieczeństwa. Po trzecie, ważnym pojęciem jest „dylemat bezpieczeństwa”. Oznacza to, że zbrojenia w jednym państwie, i zmiany w doktrynie wojennej powodują na zasadzie reakcji analogiczne działania w innych państwach, oraz ewentualnie tworzą sojusze słabszych przeciw silniejszym. Założeniem takiego modelu jest brak dominującej siły, trzymającej wszystko w ładzie na zasadzie hegemonii i przywództwa, oraz brak struktur ponadnarodowych.

 Teraz po kolei. Nikt nie zagwarantuje nam tego, że powiązania handlowe i integracja międzynarodowa usuną dylematy bezpieczeństwa, co widać nawet tu, w Europie. „Twarda” polityka, realizowana środkami militarnymi i dyplomatycznymi jest wciąż istotnym elementem sceny międzynarodowej – państwa dalej oddziałują na siebie poprzez czynniki militarne, wciąż szukają sposobów na zapewnienie sobie tref wpływów i bezpieczeństwa dla swych interesów. Integracja gospodarcza w rejonie Pacyfiku, mimo istnienia APEC i ASEAN jest zdecydowanie mniej zaawansowana niż w Europie, gdzie istnieje Unia Europejska i Europejski Obszar Gospodarczy

 Względne osłabienie USA, pełniącego rolę globalnego hegemona bez wątpienia będzie sprzyjało przekazaniu pałeczki w tej dziedzinie nowym potęgom azjatyckim, przynajmniej w skali regionalnej. Jak wspomniałem wcześniej, spadek znaczenia Ameryki jeszcze nie jest na tyle silny, aby można było mówić o znacznej zmianie układu sił, ale pewien trend powoli się zarysowuje. Potęga danego państwa powinna być szacowana w sposób relatywny, a nie tylko absolutny. Weźmy przykład Rosji. Rosja obecnie nie jest w stanie zagrozić Europie tak jak kiedyś ZSRR, ale jest wystarczająco silna, aby wymusić swoją wole na Gruzji. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby USA były wciąż dominującą potęgą na świecie, ale jednocześnie były bezradne wobec kryzysu w Azji Południowo-Wschodniej.

Najtrudniejszym sprawdzianem dla systemu międzynarodowego są sytuacje niespodziewane i kryzysy. Co będzie gdy dojdzie do zaognienia stosunków na wskutek np. niekontrolowanego rozwoju sytuacji w Korei północnej? Co będzie, jak spór między Chinami a Tajwanem zaogni się? Można mniemać, że konkurencja między państwami regionu o zasoby naturalne (np. złoża ropy naftowej na wyspach Spratly), połączone ze wzrostem nacjonalizmu doprowadzi do niebezpiecznego przekroczenia pewnego progu. W Chinach dorasta obecnie młode pokolenie dziesiątek milionów Chińczyków dumnych ze swego kraju i jego szybkiego rozwoju i modernizacji, stanowiącego według nich ostateczne wyzbycie się upokorzenia, jakim dla Chińczyków był upadek ich kraju w XIX wieku i podporządkowanie go obcokrajowcom.

 Ciekawym elementem w międzynarodowej układance obszaru Pacyfiku jest postępująca remilitaryzacja Japonii, odbywająca się za przyzwoleniem Waszyngtonu.

Japonia powszechnie kojarzy się jako kraj zaawansowanych technologii i mocarnej gospodarki oferującej światu wysokiej jakości produkty. Jednak pod tą powierzchownością kryje się aktor sceny międzynarodowej o potencjalnie dużych możliwościach militarnych.

Ten kraj formalnie posiada najbardziej pacyfistyczną konstytucje na świecie, gdzie art.9 mówi wyraźnie o zakazie posiadania sił zbrojnych wszelkiego rodzaju, oraz rezygnacji po wsze czasy z wojny jako sposobu rozwiązywania konfliktów przez Japonię. Oczywiście, bardzo szybko życie narzuciło bardziej realistyczny kurs. W 1952, jeszcze w czasie oficjalnego trwania amerykańskiej okupacji, utworzono Siły Samoobrony, które faktycznie są po prostu armią. Wojna w Korei, oraz zimnowojenna konfrontacja supermocarstw spowodowała, że USA nie miało nic przeciwko odtworzeniu armii japońskiej w nowym, ograniczonym (min.przez wynoszący 1 procent produktu krajowego brutto budżet obronny i brak zdolności ofensywnych) kształcie.

 Od 11 Września Japonia wspomagała NATO na Oceanie Indyjskim poprzez dostarczanie paliw, samoloty Sił Samoobrony pomagały transportować żołnierzy i sprzęt koalicji, a od 2003 roku niewielka grupa japońskich żołnierzy stacjonowała w Iraku, ograniczając się jedynie do działań humanitarnych. Operacja iracka stanowiła bez wątpienia przerwanie pewnego tabu na temat wysyłania żołnierzy japońskich poza granice kraju w rejony konfliktów zbrojnych.

 Mimo to sama armia jest jakby ciągle nieprzekonana do swojej roli, do której powoli przygotowują zwolennicy remilitaryzacji. W artykule „The Price of normalacy” znajduję anegdotyczna wzmianka o tym, że sami żołnierze nazywają swoje jednostki „miejscami pracy”, a samoloty bojowe „specjalnymi samolotami”. Udział w Iraku, mimo iż bardzo ograniczony, spowodował spadek poboru i wzrost liczby samobójstw.

 Armia stara się poprawić swój wizerunek przez różne kampanie propagandowe, np. festiwale muzyczne z udziałem popularnych piosenkarek j-popu, czy komiksy (w konwencji mangi) pokazujące perypetie naiwnego, pacyfistycznego młodzieńca, który staje się prawdziwym mężczyzną po odbyciu służby wojskowej.

 Od lat 80-tych zeszłego wieku Siły Samoobrony zyskały dostęp do technologii satelitarnych, a od końca lat 90-tych Japonia i USA współpracują w ramach programu tarczy antyrakietowej, co ma szczególne znaczenie w kontekście północnokoreańskiego programu atomowego i prób z rakietami balistycznymi.

O ile doktryna obronna Japonii jasno stwierdza odrzucenie posiadania broni atomowej jako środka odstraszania wroga, preferując amerykański „parasol atomowy”, a dodatkowo, mimo iż ze zrozumiałych względów (Hiroshima i Nagasaki) ten temat jest tam tabu, to Japonia posiada zasoby odpowiedniego izotopu plutonu w ilościach wystarczających do wyprodukowania co najmniej kilkudziesięciu ładunków. Opracowanie środków przenoszenia nie byłoby szczególną trudnością; Japonia rozwija aktywnie swój program badań kosmicznych, dysponując rakietami nośnymi H-2. Z doświadczeń zimnowojennych wiadomo, że tego typu środki techniczne mają podwójne zastosowanie jako rakiety balistyczne.

Eksport broni do krajów trzecich formalnie jest zabroniony, ale nawet w czasie zimnej Wojny Japonia sprzedawała tzw.technologie podwójnego zastosowania, np. nowoczesne obrabiarki, Związkowi Radzieckiemu, który wykorzystywał je później do opracowywania nowoczesnych okrętów podwodnych.

Japoński przemysł zbrojeniowy produkuje jedne z najnowocześniejszych czołgów na świecie, Typ 90 wzorowanych na niemieckich Leopardach 2, a w planach są następne konstrukcje, równie naszpikowane elektroniką i systemami uzbrojenia jak amerykańskich M1 Abrams, ustępujące jedynie konstrukcjom południowokoreańskim (mam na myśli południowokoreański czołg „Czarna Pantera”, uchodzący za najdroższy na świecie).

Lotnictwo od dawna dysponuje nowoczesnymi myśliwcami na licencji amerykańskiej (np. Mitsubishi F-2, będący specjalną wersją amerykańskiego F-16) mając w planach wdrożenie własnej konstrukcji F-X, oraz samolotami transportowymi i AWACS. Kwestią otwartą pozostaje wyposażenie w samoloty-cysterny do tankowania w powietrzu, ale jest to tylko kwestia czasu, gdy i ten sprzęt wejdzie w skład Powietrznych Sił Samoobrony.

 

Japońska marynarka wojenna, Morskie Siły Samoobrony, jest czwartą co do wielkości marynarką wojenną świata. Japonia intensywnie rozwija swoją Straż Przybrzeżną (głównie na wskutek tajemniczych okrętów naruszających wody terytorialne z kierunku Korei Północnej.). Agencja Obrony Narodowej została podniesiona do statusu ministerstwa, a wydatki zbrojeniowe wzrosły o 0.007 procenta, co tylko pozornie wydaje się znikomym przyrostem, biorąc pod uwagę PKB Japonii i opory w kwestii zmian polityki obronnej.

 

 Autor tego artykułu, powołując się na inne publikacje, stwierdza że „neo-nacjonaliści” (jak określa zwolenników normalizacji) japońscy stosują taktykę „krojenia salami”; plasterek po plasterku, krok po kroku, poprzez powolne zmiany w ustawie o Siła Samoobrony, Japonia zmienia swój kurs na coraz bardziej „normalny”, t.j. armia tego kraju powoli zyskuje możliwości do przeprowadzania operacji poza granicami kraju, z dostępem do uzbrojenia ofensywnego.

 Jaka będzie przyszłość? W stosunkach międzynarodowych, w celu uniknięcia niepotrzebnych konfliktów, priorytetem jest utrzymanie równowagi sił oraz tworzenie kanałów komunikacji i środków budowania wzajemnego zaufania, np. wzajemne inspekcje obiektów militarnych, informowanie o manewrach wojskowych itp. Jak wspominałem na początku, zmiany w sferze militarnej jednego kraju powodują analogiczne działania w krajach ościennych. Zbrojenia w Azji nie są niczym nadzwyczajnym, od lat widać wzrastające wydatki w tej dziedzinie, i wzrost jakościowy sprzętu używanego przez azjatyckie armie. Tak więc Japonia po prostu wpisuje się w trend trwający tak czy siak od kilku dekad w tym regionie świata. Jej odmienność polega jednak na tym, że silna, zmilitaryzowana Japonia budzi wśród państw regionu pewne obawy ze względu na trudne doświadczenia historyczne.

Ostatnie dyplomatyczne inicjatywy na linii Pekin-Tokio, mające na celu zatarcie złego wrażenia, jakie wywołała wizyta premiera Koizumiego w świątyni upamiętniającej poległych żołnierzy, w tym zbrodniarzy wojennych, świadczą o tym, że mimo wszystko obie trony podchodzą do zagadnienia w sposób realistyczny, starając się zażegnać możliwe konflikty. Japońskie społeczeństwo jest wciąż bardzo pacyfistyczne, ale trzeba pamiętać, że ten pacyfizm jest przede wszystkim rezultatem kontemplacji swoich własnych cierpień w czasie wojny, niż cierpień zadanych Chińczykom, Koreańczykom i innym narodom Azji w czasie imperialnej ekspansji Japonii, czego dowodem są Japońskie podręczniki historii. To tak, jakby Niemcy niewiele lub prawie wcale mówili o Holocauście czy agresji na Polskę, a dużo mówili o bombardowaniu Drezna i gwałtach popełnianych przez Sowietów na Niemkach.

 Czy przyszła Japonia powróci na drogę ekspansji, tak jak to miało miejsce w początku XX wieku? Jest to bardzo wątpliwe. Bardziej realne jest uniezależnienie się Japonii od amerykańskiej obecności w rejonie Pacyfiku, oraz w najgorszym przypadku rozkręcenie spirali zbrojeń w regionie i wzrost wzajemnej nieufności.

 Militarna niezależność będzie przekładała się na pozycje Japonii w nowej Azji, gdzie Nipponowi wyrasta konkurencja w postaci Chin, Korei i innych państw. Najnowsze inicjatywy na rzecz ekonomicznej integracji regionu polegające na stworzeniu z ASEANu, Korei Płn, Japonii i Chin Wspólnoty Wschodnioazjatyckiej, są wyraźnie inspirowane powolnym przemijaniem Pax Americana. Uzależnienie Japonii od Ameryki w sprawach bezpieczeństwa i stabilności rynków finansowych może wkrótce przeminąć – w tym kontekście normalizacja japońskich spraw wojskowych będzie naturalnym krokiem na wypełnienie ewentualnej próżni po spadku znaczenia USA.

 Załączona na początku ilustracja to okładka mangi „Silent Service”, będącej popkulturową fantazją na temat „normalizacji” militarnej Japonii.

 Do poczytania:

Japan: The price of normalcy
China and Japan tiptoe into a ‚warm spring’
Japan gets a feel for Asian integration
WHATEVER HAPPENED TO THE PACIFIC CENTURY? By Rosemary Foot and Andrew Walter
Watch Asian Influence Grow in the Pacific Century
Przeszłość Europy przyszłością Azji
http://niepoprawni.pl/blog/2/silent-service
http://www.upiasia.com/Politics/2009/01/15/us_envoy_asks_japan_to_boost_…
http://en.wikipedia.org/wiki/East_Asian_Community
http://en.wikipedia.org/wiki/ASEAN
http://en.wikipedia.org/wiki/APEC

Gruzja poniosła klęskę.

Gambit Saakaszwilego nie powiódł się. Nie udało mu się przywrócić kontroli nad Osetią, ani postawić Rosjii przed faktem dokonanym.

Powiedzmy sobie wprost: Rosjanie planowali całą operacje już dość dawno temu, stąd ich niesamowita skuteczność. Fakt, Gruzini mają wiele atutów, min. ukształtowanie terenu, ale przewaga w powietrzu Rosjan jest po prostu miażdżąca.

Zdumiewająca ilość ofiar cywilnych w tak krótkim czasie jest wynikiem umyślnego bombardowania przez Rosjan budynkow mieszkalnych. Czytając relacje reporterów Tygodnika Powszechnego i oglądając dramatyczne zdjęcia i filmy trudno jest nie odnieść innego wrażenia. Cóż, takie zachowanie ze strony armii rosyjskiej nie zaskakuje, i co gorsza jest to taktyka skuteczna, połączona z oskarżeniami Gruzinów o ludobójstwo wysyłanymi przez Kreml.

Wojska gruzińskie wycofały się z Ostetii, jak informuje tamtejszy MSZ "Nasze siły zostały całkowicie wycofane" – i to jest ostateczny dowód klęski, mimo iź ta informacja nie jest jeszcze potwierdzona, to sama taka deklaracja świadczy o ugięciu się Gruzjii. W międzyczasie Rosja bezkarnie może bombardować gruzińskie miasta i obiekty wojskowe, terroryzując ludność tego kraju, pokazując mu gdzie jego miejsce. A Putin i Miedjejew mogą liczyć na ciche wsparcie Berlina i milczenie Ameryki, która sama ma teraz powaźny problem, gdyź obiecała Gruzjii członkostwo w NATO.

Jedyna nadzieja jest jeszcze w pozostałych krajach Europy, w tym Francji, Szwecji i Wlk. Brytania. Wyjściem na ratowanie sytuacji jest wprowadzenie autentycznych sił pokojowych ONZ do regionu, ale na to trzeba zgody Rady Bezpieczeństwa. Poza tym wątpię czy Rosja zrezygnuje z możliwości kontroli nad sytuacją, i zgodzi się na obecność sił neutralnych w Osetii. Zresztą obietnica milionów rubli na odbudowę już tylko przybliża wzmocnienie rosyjskiej kontroli nad tym terytorium.

Przykro to stwierdzić, ale Saakaszwili idzie w buty premiera Izraela Olmerta; dwa lata temu Izrael wplątał się w wojnę z Hezbollahem, w czasie której w ogniu krzyżowym znalazł się nieszczęsny Liban. Wojnę Hezbollah wygrał, ku uciesze Teheranu i Damaszku, gdyż Izrael nie miał pomysłu na prowadzenie działań wojennych przeciwko niekonwencjonalnej sile Hezbollahu, bazującej na partyzantce i ruchomych wyrzutniach rakietowych. Izrael zagrał tak, jak przygrywał mu Hezbollah, nieudolnie posyłając do boju czołgi i samoloty przeciwko najlepiej wyposażonej organizacji paramilitarnej na świecie, ponosząc straty i zabijając cywilów, co oczywiście zostało wykorzystane propagandowo.

Racje ma pan Bartosz Wasilewski, mówiąc że stawką nie jest niepodległość Ostetii, tylko restauracja imperium rosyjskiego. Dziś widzieliśmy kulminacje tego procesu, trwającego od lat 90-tych, gdy administracja Clintona przymknęła oczy na działalność Kremla na Kaukazie, w tym Osetii Południowej. Ja wspomniałem wczoraj; polityka siły ma się znów dobrze w Europie. Pytanie tylko, z kim zawiązać sojusze w obecnej sytuacji? Bo pamiętajmy, że Moskwa ma więcej atutów od nas, min. dostawy paliw na Zachód, który ich potrzebuje.

P.S. Osobnym zjawiskiem jest nagromadzenie się w Internecie róźnych takich, co przyklaskują Rosji. Byle dowalić Kaczorom, byle pokazać jak jest się "europejskim" w rozumieniu zsynchronizowania naszej polityki zagranicznej z Niemcami…