Tag Archives: Polska

Garść starych reklam z szalonych lat dziewięćdziesiątych.

„Ideały danego narodu można wywnioskować z jego reklam.”
George Norman Douglas

Lata dziewięćdziesiąte zeszłego wieku były wyjątkowo szalonym okresem w dziejach Europy Środkowo-Wschodniej. Z jednej strony upragniona wolność po upadku „komuny”, z drugiej problemy transformacji ustrojowej: bieda, bezrobocie, inflacja, rozczarowująca polityka i niepewna przyszłość.

Były to czasy kompletnego pomieszania z poplątanym: w.w. strach o przyszłość był wymieszany z zachłyśnięciem się zachodnią popkulturą i konsumeryzmem, a upadek totalitarnej ideologii przenikał się z chaotycznym i dziwacznym rozumieniem wolności. I wczesne reklamy to odzwierciedlały, co możemy zobaczyć na własne oczy:

Continue reading

Polska polityka bezpieczeństwa na nowe dziesięciolecie

Polska weszła w XXI wiek jako kraj niepodległy, zintegrowany ze strukturami NATO i UE. Wydaje się, że w najbliższej perspektywie Polsce nie grozi agresja z zewnątrz z niczyjej strony, a nawet tak głośne w ostatnich latach zagrożenie terroryzmem omija nasz kraj.

Trzeba jednak pamiętać, że bezpieczeństwo międzynarodowe rozpatrujemy obecnie w wymiarze znacznie wykraczającym poza jego klasyczne rozumienie w wymiarze dyplomatyczno-militarnym, przykładem niech będzie zbitka "bezpieczeństwo energetyczne" o której głośno jest w kontekście naszego uzależnienia od dostaw rosyjskiego gazu ziemnego i prób jego dywersyfikacji źródeł jego dostaw. Jak ostatnio zauważył gen. Koziej, szef BBN, świat XXI wieku jest coraz bardziej ze sobą powiązany więzami informatycznymi i gospodarczymi, nazwanymi przez niego "glob-info", i w takim świecie klasyczna agresja się po prostu nie opłaca. Niemniej jednak pan generał przytomnie w zalinkowanym wywiadzie zauważył że "nowy paradygmat [postrzegania bezpieczeństwa nie oznacza abstrahowania od fizycznego potencjału, na przykład konieczności rozwoju armii". W niniejszym tekście postanowiłem wypunktować moje własne przemyślenia na ten temat. 

Po pierwsze: gospodarka, głupcze! 

Słynny slogan prezydenta Billa Clintona jest tu na miejscu, gdyż potencjał gospodarczy danego kraju jest jednym z najważniejszych czynników kształtujących siłę (ang. "power") danego kraju na arenie międzynarodowej.

Jeżeli by porównać budżet państwa do krojenia tortu, to jeżeli ten "tort" jest większy, to naturalną koleją rzeczy wojsko dostanie więcej środków, nawet wtedy, gdy procentowo będzie to udział mniejszy niż w przypadku mniejszego "tortu". 

Przykład współczesnej Azji pokazuje, że wraz ze wzrostem PKB kraju wzrastają jego możliwości militarne. Przez wiele lat wyjątkiem potwierdzającym tą regułę wydawała się być wspomniana wcześniej Japonia, gdzie posiadanie armii jest formalnie zakazane konstytucyjnie), a w praktyce kraj ten przechodzi niespotykaną w okresie powojennym remilitaryzację, a dodatkowo nowoczesna gospodarka dostarcza prężnego zaplecza naukowo-techniczego dla wojska. 

 Środki na wojsko i zbrojenia mogą pochodzić min. ze złóż surowców mineralnych, czego przykładem są kraje naftowe, kupujące zaawansowany sprzęt wojskowych (min. zakup rosyjskich MiGów przez Wenezuelę), "przeskakując" tym samym konieczność rozwoju własnego przemysłu obronnego.

Bardziej rozważne uczestnictwo naszej armii w misjach "zamorskich"

W tym punkcie trzeba wspomnieć o tym, że obecnie trwająca operacja w Afganistanie jest poważnym błędem, gdyż w praktyce eskalacja działań wojennych za rządów Obamy nie przynosi rezultatów. Łatwo się zapędzić w pułapkę błędnego koła, polegającą na tym, że dalsza obecność w tym kraju wojsk NATO wynika z wcześniejszego zaangażowania w tym kraju i obawy przed upokarzającą porażką w przypadku wycofania się.

Polska angażując i poświęcając środki na Afganistan pozbawia się zasobów, które mogły by być wykorzystane na modernizację naszej armii. Kilka krajów już wycofało się z Afganistanu. Moim zdaniem my powinniśmy zrobić to samo i to szybko, gdyż dalsze uczestnictwo misji ISAF nie leży w interesie naszych sił zbrojnych.

Zupełnie niezauważenie przeszła przez media polska misja w Czadzie, w ramach sił pokojowych Unii Europejskiej, działajacych pod mandatem ONZ. Moim zdaniem powinniśmy uczestniczyć właśnie w takich misjach, niż zużywać środki na zadania, które nie przynoszą nam korzyści, poza domniemanym długiem wdzięczności u Amerykanów (Polecam mój wcześniejszy tekst na ten temat: "Dlaczego nie powinniśmy bardziej angażować się w Afganistanie?").

Co do Iraku to można powiedzieć krótko: z tej misji nie wyciągnęliśmy żadnych konkretnych korzyści, poza zdobyciem kilku nowych doświadczeń przez naszą armię. Zaprawdę, wygląda to na bardzo skromnie wynagrodzenie za bycie "listkiem figowym" dla wojny, co do której sensu sami Amerykanie mają pewności. 

Rozwój własnej broni rakietowej

Tytułem wstępu można śmiało powiedzieć, że broń rakietowa we współczesnych stosunkach międzynarodowych działa tak jak sześciostrzałowiec Peacemaker zakładów Colta na Dzikim Zachodzie – bardzo skutecznie wyrównuje siły między aktorami, bo byle chłystek jest w stanie położyć trupem dużego brutala.

Broń rakietowa to nie tylko rakiety transkontynentalne i pociski samosterujące, kojarzące się z arsenałami nuklearnymi supermocarstw. To przecież także ręczne wyrzutnie pocisków przeciwpancernych i przeciwlotniczych (MANPADS) oraz rakiety operacyjne dla sił lądowych i pociski tworzące sieci obrony przeciwlotniczej.

Polska na swoim koncie ma osiągnięcia w tej dziedzinie, min. zestaw przeciwlotniczy Grom (widoczny na zdjęciu obok), będący krajową wersją rosyjskiej "Igły", czy udaną modernizację zestawów rakiet "Newa".

Ciężko jest oprzeć obronę p.lot. naszego kraju o założenie, że Amerykanie rozmieszczą baterie Patriotów. Do skutecznej obrony przez napadem lotniczo-rakietowym potrzebujemy naszych własnych systemów obrony przeciwlotniczej, będących pod polskim dowództwem. Jesteśmy za biedni na to, aby samemu opracować taki system, niemniej warto pomyśleć o kooperacji z innymi państwami na tym polu np. w ramach konsorcjum MBDA (dawniej Euromissle) w celu zdobycia know-how i rozwoju własnych zdolności w tym zakresie. W końcu trzeba będzie kiedyś zastąpić starzejące się systemy produkcji rosyjskiej będące na wyposażeniu naszej obrony przeciwlotniczej, takie jak S-125 (SA-3 "Goa") i S-200 (SA-5 "Gammon").

Rozwój własnych bezzałogowych systemów rozpoznania

Na pewno każdy słyszał o bezzałogowych samolotach "Predator", używanych przez Amerykanów do tajnych misji na pograniczu afgańsko-pakistańskim i Jemenie, min. do zabijania członków Al-Kaidy i dowódców oddziałów Talibów. 

Amerykański bezzałogowiec  RQ-7 Shadow w Iraku

Na współczesnym polu walki coraz częściej urzeczywistniają się wizje rodem z powieści i filmów Science-Fiction. Armia amerykańska w Iraku powszechnie używa niewielkich zdalnie sterowanych robotów jeżdżących do rozbrajania bomb i zwiadu. Oprócz wspomnianych na początku maszyn "Predator" w użyciu są też mniejsze jednostki latające, które mogą pełnić nawet funkcje transportowe (np. zrzucając niewielkie pakunki z apteczkami). Roboty nie męczą się, łatwo je zastąpić nowymi i potrafią wyręczać ludzi w sytuacjach niebezpiecznych – korzyści z ich stosowania są oczywiste. W opracowaniu są już nawet maszyny kroczące (min. robot "Big Dog", pomyślany jako "muł" do noszenia broni i amunicji).

Jeszcze raz powraca problem rozsądnego gospodarowania ograniczonymi zasobami – rozwój tego typu technologii nie wymaga dużych nakładów finansowych, szczególnie w przypadku pojazdów latających. Gdybyśmy intensywniej rozwijali naszą własną technologię tego typu pojazdów, to nie musielibyśmy kupować bezzałogowce od izraelskiego koncernu ADS dla naszych żołnierzy w Afganistanie. Puki co powstało kilka naszych własnych i obiecujących prototypów, ale gdybyśmy przeznaczyli na to więcej środków, to postęp byłby zdecydowanie szybszy.

Większa troska o "bezpieczeństwo cybernetyczne"

Na początek trzeba stwierdzić, że termin "cyberwojna" jest nadużyciem (Polecam tekst Robert Grahama, specjalisty od zabezpieczeń, na ten temat) gdyż coś takiego jak "cyberbroń" nie istnieje. Istnieje jednak bardzo specjalistyczna gałąź wiedzy z dziedziny informatyki, która może być używana do atakowania i obrony sieci i systemów komputerowych, tak prywatnych jak i publicznych. Nasze życie w coraz większym stopniu zależy od systemów informatycznych nadzorujących min. pracę elektrowni i linii przesyłowych, przemysłu, banków i giełd papierów wartościowych itp. Część z tych systemów jest – na razie – oddzielona od Internetu, ale korzyści z podłączenia ich do globalnej sieci są zbyt oczywiste i dlatego można się spodziewać integracji z nią, która może otworzyć pole do popisu dla komputerowych włamywaczy i dywersantów. 

Mówiąc krótko, trzeba rozwijać odpowiednie kadry specjalistów ds. zabezpieczeń systemów komputerowych pracujących dla rządu i wojska. "Cyberwojna", jeżeli mamy się tego terminu trzymać, wymaga nakładów nie na kosztowny sprzęt ale na kadry, które mają być sprytniejsze od przeciwnika, którym mogą być hakerzy pracujący dla obcego rządu lub grup terrorystycznych i przestępczych.

Należy przy tym uniknąć pułapki polegającej na zastosowaniu schematów myślenia z wojny konwencjonalnej w wymiarze cybernetycznym (np. haking jest zajęciem oportunistycznym – hakerzy i krakerzy włamują się tam gdzie im łatwiej, a nie w konkretne miejsce).

Osobnym zagadnieniem jest rozwój kryptografii – w czasie wojny polsko-bolszewickiej w 1920 roku polscy kryptolodzy złamali sowieckie szyfry, co dało przewagę wojsku polskiemu. Pamiętajmy o tej lekcji z historii także w XXI wieku.

Bardziej realistyczne podejście do naszych sojuszy i partnerów

Musimy sobie powiedzieć jasno: musimy skończyć z bezkrytycznym zaufaniem wobec Amerykanów i ich polityki zagranicznej. Zresztą jeżeli uważamy, że więzi z USA są dla nas istotne pod względem strategicznym, to dlaczego mamy popierać nieodpowiedzialną politykę amerykańską, która na dłuższą metę osłabia naszego sojusznika?

USA obecnie przeżywa nie tylko głęboki kryzys gospodarczy, ale też kryzys swojej mocarstwowej roli, spowodowany przez nierozważna unilateralną politykę Georga W. Busha. Polityka ta, którą profesor Stephen Walt poddał na łamach Foreign Policy miażdżącej i dobrze uargumentowanej krytyce, naraziła USA na erozje miękkiej siły ("soft power", w rozumieniu Josepha Nye’a), zmarnowanie gigantycznych zasobów pieniężnych i po prostu stracenia bezcennego czasu na operacje która nie przyniosła żadnych konkretnych korzyści. Irak jest obecnie jednym z najbardziej skorumpowanych, najniebezpieczniejszych i niestabilnych państw świata.

Dla USA Polska nie jest krajem zasługującym na specjalne traktowanie, a puste gesty w postaci przesyłania nam zdezelowanego sprzętu, który Amerykanie u siebie najprawdopodobniej by złomowali, powinny budzić zażenowanie. 

Jesteśmy w końcu członkami UE, która rozwija własne struktury bezpieczeństwa w wymiarze militarnym. Polska powinna więc bardziej aktywnie uczestniczyć w tych inicjatywach, w szczególności w ramach Trójkąta Weimarskiego. Nieprzypadkowo w niektórych podpunktach niniejszego wywodu zwracam uwagę na konieczność rewizji naszego stosunku do Amerykanów i konieczność większego zaangażowania się w europejskie inicjatywy z dziedziny bezpieczeństwa i wojskowości.

 Amerykanie tak czy siak mają wobec nas zobowiązania wynikające z członkostwa w NATO, ale nasze więzy z Francją i Niemcami są po prostu silniejsze. W Polsce do UE podchodzi się jako do maszynki udzielającej nam pomocy finansowej, w której to nasi politycy mają "bronić polskich interesów" (a im głośniej, tym niby lepiej). Zapomina się o tym, że nie można być traktowanym poważnie, jeżeli nie uczestniczy się w strategicznie istotnych filarach integracji.
 

Orbitowanie

Astronauta na orbiciePan Prezes™ pewnej Partii w pewnym Kraju wzbił się wysoko ponad Ziemię, aż wszedł na jej orbitę. W Kosmosie, jak w Kosmosie, ciemno i zimno, ale przynajmniej jest się wysoko nad Ziemią, co daje mu uczucie bycia ponad to wszystko, i ogarniania całości wzrokiem.

Ale co to? Okazuje się, że Pan Prezes™ nie jest sam w Kosmosie. Obok niego orbitują jego partyjni pretorianie, żelazny elektorat, bloggerzy, oraz last but not least doborowa eskadra "obrońców krzyża". Oto składają mu hołdy poddańcze, i składają podziękowania oraz raporty z tropienia wrogów Partii i Prezesa™. Pan Prezes™ się cieszy i dalej spokojnie sobie orbituje.

Tymczasem na Ziemi bardziej rozsądni zwolennicy Prezesa łapią się za głowę, widząc co się dzieje, kompletnie tego nie rozumiejąc. Wszak Pan Prezes™ – według nich – powinien trzymać mocno ziemi.

Pan Prezes™ na orbicie oczywiście nie słyszy ich głosów poirytowania i rozczarowania; zresztą jeśli go lubią, to niech sami wejdą na orbitę mu potowarzyszyć. A jak nie, to jest już ich problem a nie jego.

Przeciwnicy Pana Prezesa mają powody do zadowolenia, gdyż na orbicie jest nieszkodliwy dla nich. Reszta zaś albo ma powód do drwin, albo w ogóle ją to nie obchodzi.

A tymczasem, zgodnie z prawami fizyki, orbita powoli obniża się, i łatwo przewidzeć, że następną rzeczą będzie upadek, i to bolesny. Bo jak mówił Adam Savage: grawitacja to nie teoria, tylko prawo

Do poczytania:

PiS: Jaka piękna katastrofa!

Łukasz Warzecha: Zakon Czcicieli JarKacza

Rafał A. Ziemkiewicz: Wszystko albo Nic

Obserwator z Daleka: Prawo i Sprawiedliwość rośnie i rozkwita

Wojciech Sadurski: De Kaczyński nihil nisi bene

Referent Bulzacki: Pożegnanie z prezesem

Trzęsienie ziemi w Polsce

Najpierw jest trzęsienie ziemi. A potem napięcie wzrasta – podobno powiedział kiedyś mistrz suspensu Alfred Hitchcock. Tragedia w Smoleńsku jest właśnie takim trzęsieniem ziemi dla nas wszystkich. Ale to dopiero początek.

W jakim kierunku pójdą sprawy? Przypomina mi się dialog z "Parku Jurajskiego", gdzie jeden z bohaterów, matematyk, wyjaśnia teorię chaosu na prostym przykładzie kropli spływającej po zewnętrznej stronie dłoni w kierunku totalnie przypadkowym.

Konsekwencje dla naszej sceny politycznej, w szczególności dla PiS, są w tym momencie determinowane przez przypadek.

Jak zauważył Przemysław Mandela, ta tragedia to egzamin dojrzałości dla nas wszystkich pod każdym względem, która moim zdaniem objawia się rozsądnym zachowaniem w niespodziewanej sytuacji.

Test dojrzałości dla debaty publicznej i mediów.

Może odrobimy teraz szybko lekcje poprawności debaty publicznych. Nie można sprowadzać dyskusji do ataków osobistych, demonstracyjnego picia "małpek", akcentów klozetowych ("prezydent przysiadywał w toalecie", "trup na wrotkach"), drwin w stylu "jaka wizyta, taki zamach" itp. Media były prezydentowi nieprzychylne, nawet w doborze zdjęć i fotografii na strony gazet i strony internetowe, nie mówiąc o złośliwych dowcipach i pogwarkach w radio i telewizji.

I nagle, po straszliwej tragedii, okazuje się, że "nagle" Lech Kaczyński był po prostu normalnym człowiekiem.

Ludzie to widzą. I starzy i młodzi i także ci ci co nie interesują się polityką. Widzą tych samych ludzi, co wcześniej straszyli polskim Putinem, "kartoflem", mściwym "przykurczem" itp. co teraz łączą wyrazy współczucia, i prześcigają się w kondolencjach i refleksjach. I nie ma co się dziwić potem, że Monika Olejnik zostaje zrugana gdy próbowała zapalić znicz przed Pałacem Prezydenckim. Na własne oczy widziałem i słyszałem dyskusje w stylu "oj, jak żył to wszyscy tak go mocno krytykowali, a teraz go doceniają".

Przy tym nie twierdze, że nie ma przykładów autentycznego "nawrócenia". Po prostu nie chce mi się wierzyć w autentyczność i trwałość takowego u wszystkich tych, co jeszcze niedawno gardzili Lechem Kaczyńskim.
 

Ale kiedy minie żałoba narodowa, gdy ofiary zostaną pochowane, znowu wrócimy do bierzączki. I znowu będziemy mieli nawalankę. Nie mam bowiem złudzeń co do poziomu debaty publicznej i klasy politycznej w naszym kraju.

Po 11 Września wszyscy współczuli Amerykanom. Dwa lata potem większość świata znienawidziła Amerykanów za wojnę w Iraku – to tak dla wyrazistego przykładu, pokazującego że gdy upływa czas, ludzie wracają do porządku dziennego po tragedii. 

-Co to takiego?
 -Zapomniałem…

Pierwsze sygnały powrotu do "zimnej wojny domowej" już widać w postaci protestów przeciwko złożeniu pary prezydenckiej do krypty na Wawelu.

Test dojrzałości dla PO

Mam nadzieje, że Palikot czy Niesiołowski czują choć odrobinę wstydu. Przecież to PO nakręcało ich ustami język debaty nastawiony na pokrętne insynuacje, deprecjonowanie osoby i urzędu itp. Ale, mam duże wątpliwości – z historii wiemy na pewno, że ludzie są nie uczą z niej.

PO ma teraz to co chciało mieć od dawna czyli pełnie władzy. Nie ma już prezydenta, który rzekomo blokował inicjatywy rządu wetowaniem ustaw. Widać niestety, że stare nawyki szybko wracają: dopiero co zwolniono szefa PISM, i są przecieki, że trwają poszukiwania w kancelarii prezydenta słynnego aneksu do raportu o rozwiązaniu WSI.

Pokus przed PO jest całe mrowie: zwolnione jest stanowisku prezesa NBP i IPN, a jak wiemy wobec tych dwóch instytucji Platforma miała swoje plany.

Kampania prezydencka będzie bardzo smutna, jako że prowadzona w cieniu tragedii. PO może narazić się zarzuty, że prowadzi politykę i kampanię "po trupach" w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Test dojrzałości dla PiS

Nie mogę sobie wyobrazić, jak Jarosław mógł by prowadzić dalej partię po tak straszliwej stracie swojego brata Lecha. Sytuacja w której znajduje się PiS przypomina wspomnianą wcześniej teorię chaosu; teraz wszystko może się zdarzyć. 

Z jednej strony śmierć prezydenta Kaczyńskiego może stać się czymś w rodzaju mitu, na podobieństwo do zabójstwa prezydenta Johna F. Kennediego. Dla lewicy amerykańskiej stał się on symbolem niespełnionych nadziei, ucieleśnieniem amerykańskich demokratyczno-liberalnych wartości, kojarzonym z wizją podboju Kosmosu, silnym państwem i rozsądną dyplomacją, w opozycji do Lyndona Johnsona, Wietnamu, Richarda Nixona i Watergate. Słyszałem komentarze, że jednym ze źródeł sukcesu Barracka Obamy była próba kapitalizowania tego mitu, podobnie jak u innych kandydatów na prezydenta USA z ramienia Demokratów.

Oczywiście z drugiej strony, bałagan, dezorganizacja i kryzys przywództwa są jak najbardziej realne, podobnie jak rozpad PiS. Ta partia straciła najważniejszego kandydata na prezydenta i czołowych posłów.
 

Test dojrzałości dla blogosfery

Niestety, mam tu mam bardzo złe przeczucia. Kiedy widzę co się dzieje na blogach i komentarzach, to włosy mi dęba stają.

Tak czy siak, niezależnie od ustaleń komisji, są w niej ludzie co już znają prawdę o tragedii. To tak jak z 11 Września: zwolennicy spiskowych teorii też znają swoją prawdę, i nie ma sensu z nimi dyskutować. Obawiam się że w przypadku naszej tragedii będzie podobnie: ci co wierzą że Kaczyńskiego zamordowali Rosjanie, nie uwierzą w żadną wersje odmienną od ich poglądu. Niezależnie od wyników badań.

Teraz każdy wyrażający sprzeciw wobec tych teorii będzie traktowany jako rosyjski agent, zdrajca narodu itp. Sądząc o tym że że za wersją spiskową bez dowodów opowiadają się prominentni bloggerzy, zdaje sobie sprawę że tymi słowami skazuję się na wykluczenie w środowisku.

Nie uważam Rosjan za w 100% wiarygodnych, ale obecnie jakakolwiek wersja zdarzeń kolportowana w mediach i internecie jest niewiarygodna, bo dopiero co rozpoczęto komisyjne badania, które będą trwały całe miesiące. Prędzej bym oskarżał Rosjan o próbę zatuszowania nieudolności obsługi lotniska, niż zabójstwo prezydenta.

Zaznaczam, że dobrze że się zadaje pytania, także te dotyczące najmniej prawdopodobnych wersji wydarzeń, ale po tak naprawdę ma sens teoretyzowanie i wyciąganie pochopnych wniosków, nawet gdy jeszcze nie otwarto ostatniej "czarnej skrzynki"?

Jest to po części zrozumiałe, ze względu na emocje, pod wpływem których ludzie potrafią desperacko chwytać się czegokolwiek. Po masakrze w szkołę w Biesłanie niektórzy rodzice płacili niemałe pieniądze pewnemu szarlatanowi, co obiecał im że wskrzesi ich dzieci.

Bloggerzy! Zachowajcie rozsądek! Nie dajcie się się ponieść syreniemu śpiewowi szarlatanów oferujących łatwe wyjaśnienie tej tragedii!

Do poczytania:

http://mariusz.fryckowski.salon24.pl/170097,mozliwe-przyczyny-katastrofy-samolotu-rzadowego-tupolew-154m

http://blog.rp.pl/lisicki/2010/04/13/zaloba-i-kicz-pojednania/

http://blog.rp.pl/magierowski/2010/04/13/premier-dymisjonuje-szefa-pism-czyli-„badzmy-razem”/

http://blog.rp.pl/janke/2010/04/12/czy-platforma-nie-ulegnie-pokusie/

http://blog.rp.pl/gociek/2010/04/14/kto-gra-wawelem/

Dlaczego nie powinniśmy bardziej angażować się w Afganistanie?

No i proszę, wśród państw NATO trwa "zrzutka" na dodatkowe siły które miały by pójść na wojnę do Afganistanu. Tymczasem Polska od pewnego czasu realizuje idee pójścia na pierwszą linię, bez zastanowienia się nad celowością i dostępnymi środkami.

Po pierwsze: naszego kraju najzwyczajniej w świecie nie stać na skrajnie niebezpieczne i ryzykowne misje zagraniczne. Polska armia jest w praktycznej rozsypce, po zniesieniu poboru, w sytuacji braku sprzętu i funduszy. Priorytetem Wojska Polskiego powinien być konstytucyjny obowiązek obrony narodowej, co raczej trudno przedsiębrać, gdy na generała przypada 1,23 szeregowca. Nie chcę tu argumentować, abyśmy pospiesznie wycofali się z Afganistanu; chodzi mi o to, aby zdawać sobie sprawę z istotnych ograniczeń.
 

Po drugie: Powinniśmy skończyć z postawą wypełniania niby to koniecznych powinności wobec naszych sojuszników, w sytuacji, gdy nie mamy nic konkretnego w zamian, poza tak czy siak obowiązującymi zobowiązaniami w ramach NATO. Stosunki międzynarodowe nie opierają się na wzajemności – ma ona miejsce wtedy, gdy drugiej stronie to się opłaca. Afganistan jest bardziej problemem amerykańskim niż polskim.

Po trzecie: Amerykanie sami muszą przemyśleć, co powinni zrobić w Afganistanie. Najwyraźniej prezydent Obama zaakceptował pomysły wojskowych, aby zwiększyć obecność wojskową w tym kraju, na wzór iracki. Koncepcja przeciwdziałania partyzantce jaka krystalizuje się w głowach ekspertów i wojskowych z Pentagonu polega na budowaniu silnego państwa, oraz "zdobyciu serc i umysłów" społeczeństwa, co oczywiście idzie w parze z obecnością wojskową. Tymczasem wcale nie musi to zakończyć się powodzeniem.

Sama obecność wojskowa jest uciążliwa dla ludności danego kraju.  Może dostarczać propagandowego argumentu talibom i Al-Kaidzie, którzy to będą utrzymywać, że faktycznym celem obecności wojsk zachodnich jest neokolonializm oraz bardzo głęboka ingerencja w tamtejsze społeczeństwo. Poza tym zawsze zdarzy się sytuacja, że bomby spadną tam gdzie nie trzeba, zawsze dojdzie do ostrzelania cywili, zawsze ktoś popełni błąd kosztujący życie niewinnych ludzi. To wszystko osłabia pozycje obcych wojsk w oczach ludności cywilnej.

Zasadniczo budowanie państwa polega na tworzeniu scentralizowanego aparatu państwowego. I tu jest haczyk: tworzenie takiego organizmu naturalną koleją rzeczy wadzi z wolą społeczeństwa, które przyzwyczajone jest do bardziej luźnej, wręcz plemiennej struktury społecznej, co z kolei jest naruszeniem punktu drugiego, "wygrywania serc i umysłów". Co więcej, tworzenie państwa oznacza też homogenizacje społeczną (co jest kłopotliwe w społeczeństwie podobnym do afgańskiego), oraz sprzyja narastaniu napięć pomiędzy peryferiami a centrum, nie mówiąc o tym, że demokratyzacja i decentralizacja są raczej luksusem ustabilizowanych społeczeństw.. Budowanie państwa wygląda na strategie bardziej rozsądną niż stosowanie brutalnej siły, ale nie oznacza wcale, że jest automatycznie przez to skuteczniejsza. Naturalnie będziemy musieli poczekać na ogłoszenie nowej strategii afgańskiej przez Barracka Obamę, 1 Grudnia b.r. – wtedy będziemy mogli szerzej na ten temat porozmawiać.

Należy zadać sobie fundamentalne pytanie: co jest celem misji NATO w Afganistanie? Na pewno absolutnym minimum jest zapobieżenie powrotu Al-Kaidy do tego kraju, gdzie mogła by szkolić nowych terrorystów. Tylko że szkopuł tkwi w tym, że globalna i zdecentralizowana Al-Kaida nie potrzebuje stałych obozów szkoleniowych w jednym kraju, a poza tym jeżeli problem afgański zredukujemy do tego jednego problemu, to logicznie rzecz ujmując nie ma znaczenia, kto rządzi w Kabulu. Grunt, aby nie było terrorystów. 

Rozwiązaniem może być lansowane przez realistów balansowanie z oddali ("off-shore balancing"), zmniejszanie obecności wojskowej (!) i poprzestanie na "przekupieniu" lokalnych sił w zamian za utrzymanie spokoju i względnej stabilności, dogadywanie się z różnymi frakcjami itp. Sytuacja w Iraku zaczęła się stabilizować przed przegrupowaniem wojsk ("surge"), dlatego, że zaczęto wchodzić w układy z lokalnymi grupami sunnickimi, które porzuciły walkę z siłami koalicji w zamian za pewną legitymizacje i zostawienie w spokoju.

Na koniec można powiedzieć, że obliczu powyższych wątpliwości i spostrzeżeń pchanie się Polski na pierwszą linię w Afganistanie jest nierealistyczne i nieracjonalne. Możemy być dalej lojalnym sojusznikiem USA i partnerem w NATO, bez potrzeby podejmowania działań ponad nasze siły.

Do poczytania:

http://www.rp.pl/artykul/55330,397625_Sojuszniku__maszeruj_do_Afganistanu.html

http://www.rp.pl/artykul/55330,397982_Zachod_zbiera_sily_na_wojne_.html

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1356,title,Szef-NATO-do-Afganistanu-trzeba-wyslac-wiecej-zolnierzy,wid,11724695,wiadomosc.html http://www.nytimes.com/2009/11/11/world/asia/11policy.html?_r=1&ref=world

http://walt.foreignpolicy.com/posts/2009/08/18/the_safe_haven_myth

http://afpak.foreignpolicy.com/posts/2009/11/24/counterinsurgency_is_a_bloody_costly_business

http://en.wikipedia.org/wiki/Counterinsurgency
 

Atom dla Polski pilnie potrzebny.

Jak donosi Dziennik, energetyka przeniesie się na wschód, gdyż Polski nie będzie stać na wykupywanie limitów CO2 w Unii Europejskiej.

Oto mamy, proszę Państwa, rezultaty kilku trendów: pierwszym z nich było porzucenie budowy elektrowni atomowej w Żarnowcu, gdzie wysuwano absurdalne zarzuty wobec tej konstrukcji, insynuując, że zainstalowane będą tam reaktory, znane z Czarnobyla, typu RBMK. Ręce do uziemnienia tej inwestycji przyłożył rząd Tadeusza Mazowieckiego i minister gospodarki Tadeusz Syryjczyk. Reaktory typu WWER zostały sprzedane do Węgier i Finlandii, gdzie działały bez problemu. Ogólne koszty porzucenia inwestycji wyniosły 2 miliardy dolarów.

 

 

 

Drugi trend, to fakt kompletnego braku myślenia w kategoriach perspektywicznych w zakresie przyszłości energetycznej naszego kraju. Chyba tylko za rządów AWS i PiS myślano o dywersyfikacji źródeł energii, czy możliwości podpięcia się pod elektrownie atomową w Ignalinie.

Najbardziej smakowity jest jednak ten krótki fragmencik artykułu z "Dziennika":

Komisja Europejska przewidziała ryzyko likwidacji zakładów w Europie i ich przeprowadzki na przykład na Ukrainę albo do Chin, gdzie nie ma rygorystycznych norm emisji.

Ot, hipokryzja! Widać wyraźnie że kraje rozwijające się mają tego typu troski o emisje CO2 za nic.

   

© Filibustercartoons.com

Bez hipokryzji ekologizm równierz sam najwyraźniej istnieć nie może, czego przykładem są zarówno pięknoduchowe celebrities, jak Al Gore (który płaci gigantyczne rachunki za prąd) czy książę Karol (który nie widzi sprzeczności między swym ekologizmem, a posiadaniem prywatnego jachtu czy przelotami odrzutowcem). Wykupywanie limitów CO2, zarówno przez państwa, jak i pojedyńcze osoby jest niczym innym, jak właśnie hipokryzją usankcjonowaną przez organizacje międzynarodowe. Przypomina to trochę odpusty, sprzedawane przez Kościół w średniowieczu, gdzie miarą odpuszczenia grzechów była liczona miarą gotówki. Taki Al Gore czy ktoś inny po prostu wykupuje sobie "odpust" za "grzech" (emisja CO2) w celu "zbawienia" (powstrzymanie efektu cieplarnianego), bo pieniążki mają iść niby na pro-ekologiczne inwestycje w Trzecim Świecie, np. pompy obsługiwane kieratem… 

 

Po prostu nikt nie zrezygnuje z prowadzenia stylu życia, polegającego na korzystaniu z takich wygód, jak centralne ogrzewanie, oświetlenie, nie mówiąc o kuchenkach mikrofalowych, Internecie czy zwykłej lodówce. Oszczędzać trzeba jak najbardziej, ale nawet rygorystyczne oszczędności nie zastąpią nowych źródeł energii. Co zrobimy gdy wyczerpie nam się ropa naftowa? Z pewnością przejdziemy na węgiel i gaz, ale te źródła również się wyczerpią. Uran też jest nieodnawialnym źródłem energii, ale jest zdecydowanie bardziej wydajny energetycznie, przez co starczy na okres dostatecznie długi, wystarczający np. na opracowanie kontrolowanej fuzji termojądrowej (która jest możliwa, tylko technicznie trudno wykonywalna) czy upowszechnienie się źródeł odnawialnych.

 Wracając do Europy: Francja otrzymuje 70% energii z atomu, i nie będzie musiała kupować limitów CO2 w takich ilościach jak my, bo reaktory nie emitują tego typu zanieczyszczeń. Z atomu energie otrzymuje też Szwecja i Finlandia oraz Niemcy i Czechy. A my porzuciliśmy budowę elektrowni atomowej w Żarnowcu w 1990 roku. Czy mamy w związku z tym wybudować nowe elektrownie konwencjonalne? Pomijając kwestie emisji CO2 i kosztów, trzeba pamiętać, że elektrownie węglowe to przede wszystkim hałdy żużla piecowego, który zawiera w sobie różne świństwa, od metali ciężkich po cząstki radioaktywne, nie mówiąc o emisji tlenków siarki i azotu oraz pyłów, które co prawda można neutralizować elektrofiltrami, ale zawsze zostają nam znowu hałdy niewykorzystanych pyłów itp.

Atom jest ekologiczny, wydajny i bez hipokryzji. Cały problem z debatą atomową polega na tym, że zapomina się o tym, że niezależnie od tego, ile będziemy oszczędzać energii, to zawsze będziemy potrzebować nowych jej źródeł, chyba że odgórnie ograniczymy potrzeby energetyczne przeciętnego obywatela do jednej żarówki i małej lodówki, na co nikt nie pójdzie.

Poza tym, Polska nie ma geograficznych uwarunkować do energii słonecznej, ani wiatrowej (nawiasem mówiąc, ekolodzy zaczęli ostatnio protestować przeciwko wiatrakom). Energia geotermalna, o której głośno jest w kontekście x.Rydzyka, na pewno nada się raczej do ogrzewania niż do turbin i generatorów. Nawiasem mówiąc, próby ośmieszenia i dezawuowania tej inwestycji wyglądają dość podejrzanie, trudno bowiem takowych podejrzeń nie mieć, ze względu na kolidowanie geotermii z interesami przemysłu naftowego i gazowego.

O innych pomysłach, np. wykorzystaniu różnicy ciśnień w szybach opuszczonych kopalń nie ma co na razie dyskutować, bo to w najlepszym razie rzecz lokalna, a puki co czysto hipotetyczna. Elektrowni wodnych nie da się wszędzie postawić, poza tym przecięcie rzek tamami sprawia problemy ekologiczne, i to nie tylko te związane z niszczeniem siedlisk zwierząt i roślin, ale też kumulacji zanieczyszczeń przemysłowych w zbiornikach spiętrzonej wody. Pozostaje więc nam atom przy jednoczesnym oszczędzaniu energii i lokalnych inwestycjach energii odnawialnych.

Faktem jest, że problemem są odpady radioaktywne, które trzeba specjalnie utylizować. We Francji zużyte paliwo jądrowe z reaktorów można przerobić na izotop plutonu niezdatny do użytku wojskowego, za to będący znakomitym paliwem dla reaktora plutonowego.

Możliwości jest sporo. Od reaktorów zasilanych paliwem jądrowym z toru (którego jest więcej, niż uranu, i nie sprawia problemów związanych z proliferacją), po powielające na szybkich neutronach i bardzo bezpiecznych, np. typu "pebble bed".

A więc krótko: Atom szansą dla Polski! 

Referat Tadeusza Syryjczyka:

Hipokryzja "offsetów":

O energii atomowej na Wikipedii (sprawy ściśle techniczne i naukowe):