Blog Doktora No

Blog geeka o komiksach, filmie, anime oraz nauce i technice.

„Atlas Chmur”

Cloud_Atlas_Poster

Wiele razy na swoim blogu narzekałem na wszechobecny w współczesnym kinie przerost formy nad treścią, prymitywizm i wyczerpanie się wytartych klisz i pustych formuł we współczesnym kinie popularnym, który zresztą nie jest trendem nowym – vide dział „Złe Filmy” – a obecnie ma postać korporacyjnej „estetyki konglomeratu”, sprowadzającej filmy do serii szybkich obrazków bez głębszego znaczenia.

Na szczęście są bardzo chlubne wyjątki, godzące wymagania kina popularnego z bardziej bogatą treścią takie jak wyświetlany w chwili gdy piszę te słowa, w kinach film „Atlas Chmur”, będący adaptacja bestsellerowej powieści fantastycznej Davida Mitchella pod tym samym tytułem z 2004, w reżyserii rodzeństwa Wachowskich (twórców „Matrixa” i „V jak Vendetta”) i i Toma Tykwera („Pachnidło”). Continue reading

THX 1138

Reżyser George Lucas, zwany razem ze Spielbergiem „brodatym dzieciakiem”, jest powszechnie postrzegany przez pryzmat „Gwiezdnych Wojen” i Indiany Jonesa, uwadze wielu często umyka, że Lucas swoją karierę filmową zaczynał jako reżyser niezależnych filmów eksperymentalnych, tworzonych w czasie studiów na University of Southern California, gdzie ukończył wydział filmowy. Jego pierwszą etiudą studencką był film krótkometrażowy „01 42 08 To Qualify”, nakręcony na torze wyścigowym: Continue reading

„Syn Rambow”

O brytyjsko-francusko-niemieckim filmie "Syn Rambow" z 2007 roku mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć że jest to film familijny przez duże F – bez ckliwości, sacharynowego sentymentalizmu, skrzywdzonych zwierzątek i motywów torsyjno-fekalistycznych w stylu "tatuś pierwszy raz w życiu zmienia pieluchę", "dziadek zostawił sztuczną szczękę w torcie", jak to bywa w niektórych produkcjach amerykańskich.

Akcja filmu dzieje się w 1982 roku w prowincjonalnej Wielkiej Brytanii. Wtedy to miało miejsce jedno z znaczących wydarzeń w historii popkultury – na ekrany światowych kin wyszedł właśnie film "Rambo – pierwsza krew" z Sylwestrem Stallone w roli głównej, będący jednym z ważniejszych progenitorów nurtu w popkulturze jakim jest szeroko rozumiane tzw. "kino akcji".

Bohaterem filmu jest Will, wrażliwy chłopiec o bujniej wyobraźni, który wychowuje się w bardzo ścisłej prezbiteriańskiej rodzinie gdzie surowe religijne zakazy zabraniają min. oglądania filmów i słuchania muzyki. W międzyczasie do miasteczka przyjeżdża delegacja uczniów z Francji, co powoduje małą rewolucję obyczajową w okolicy.

Drugim bohaterem filmu jest Lee będący całkowitym przeciwieństwem Willa – jego rodzice prowadzą prywatny dom opieki, starszy brat nie daje mu spokoju i traktuje jak służącego, a on sam pali papierosy i okrada pensjonariuszy z oszczędności, w szkole nauczyciele nie są w stanie z nim wytrzymać, a poza tym ukradkiem nagrywa dla brata kamerą wideo filmy lecące w kinach. Obaj chłopcy spotykają się przypadkowo na korytarzu szkoły (Lee – wyrzucony za karę z klasy, Will – z powodu religijnego zakazu oglądania filmu dokumentalnego na zajęciach), po czym udają się do domu Lee. Tam przypakowo Will ogląda film "Rambo – Pierwszą Krew" w czasie kopiowania pirackiego nagrania na VHSie, który jest pierwszym filmem obejrzanym w życiu.

To wywołuje u niego szok, połączony z rozbudzeniem tłumionej przez ścisłe zasady rodzinnego domu wyobraźni (dla której dotychczasowym ujściem były rysunki na kartach Biblii i na ścianach szkolnej toalety), w której to zaczyna wyobrażać sobie, że jest synem Rambo. Wraz z Lee postanawia nakręcić własną wersje filmu Stallone’a pt. "Syn Rambow", którego bohater (grany entuzjastycznie przez Willa) musi uwolnić Johna Rambo z niewoli stracha na wróble i strzelającego psa na motolotni… Realizacja owego "wielkopomnego" dzieła przebiega nie bez komplikacji, nie tylko natury techniczno-organizacyjnej (z którymi to chłopcy radzą sobie w bardzo pomysłowy i często niebezpieczny i uciążliwy dla otoczenia sposób, min. kręcąc w ruinach starej elektrowni, czy podkradając makietę psa z pobliskiego supermarketu), ale też z powodu kolidowania z rygorystycznymi wartościami rodzinnymi Willa. Z czasem do "ekipy filmowej" dołącza francuski uczeń-pozer (grany przez wnuka Stanleya Kubricka, Sama Kubrick-Finneya) z wymiany uczniowskiej i jego miejscowi naśladowcy – produkcja nabiera więc rozmachu i tempa, co nie jest równoznaczne z jej powodzeniem…

"Syn Rambow" jest nakręcony zgodnie ze stylistyką ówczesnego kina, czyli bez nadmiernego kombinowania z kątami kamery i kolorystyką. Ciekawym artystycznie dodatkiem są animowane i przetworzone komputerem sceny będące odzwierciedleniem wyobraźni małego chłopca. Rodzicom pewnie nie raz zrobi się słabo na widok mało rozsądnych wyczynów kaskaderskich chłopców – tego też względu jest raczej dozwolony "od lat dwunastu".  Ciekawe jest to, że sam Sylwester Stallone osobiście wypowiedział się bardzo ciepło o tym filmie, który, na marginesie, zawiera wmontowane urywki z "Pierwszej Krwi".

Podsumowując "Syn Rambow" jest ciepłą i miejscami raz zabawną raz dramatyczną opowieścią o dorastaniu, i o tym jak ważne jest przebaczenie i przyjaźń, oraz że w życiu trzeba szukać sposobu na wyrażenie samego siebie. Plus jest to dla widza nostalgiczna wyprawa w przeszłość (wcale przecież tak nie odległą!) gdy nie było jeszcze Internetu, królowały media analogowe, w popkulturze pojawiały się świeże zjawiska jak właśnie wspomniane na początku "kino akcji" i "kino wielkiej przygody", a życie toczyło się wolniejszym tempem niż obecnie.

Na marginesie: pokazany na filmie wyczyn małych chłopców nie jest tak do końca fikcyjny, gdyż twórcy obrazu (Garth Jennings i Nick Goldsmith, znani z   filmowej adaptacji "Autostopem przez galaktykę") inspirowali się swoimi własnymi eksperymentami z VHSem z dzieciństwa, a swego czasu grupa dzieciaków w USA z powodzeniem poświęciła całe swoje dzieciństwo na zrobienie reamak’eu "Poszukiwaczy Zaginionej Arki".

„Elitarni”

Dzisiaj zajmiemy się kinematografią brazylijską, a dokładnie reżyserem José Padilhą, którego film "Elitarni 2" okazali się wielkim hitem w tym kraju, a sam reżyser zabiera się właśnie w Hollywood za reżyserię remake’u "Robocopa" (sic!). Z tego też względu warto przypomnieć sobie pierwszy film o tytułowej elitarnej jednostce brazylijskiej policji, nagrodzony Złotym Niedźwiedziem na festiwalu w Berlinie w 2008 roku.

Akcja rozgrywa się w 1997 roku, krótko przed wizytą papieża Jana Pawła II w Rio de Janerio, co motywuje policję do "oczyszczenia" slumsów z handlarzy narkotyków. Narratorem opowieści jest oficer jednostki specjalnej żandarmerii (BOPE), kapitan Nascimento. Narracja w pierwszej części filmu przebiega w formie retrospekcji, w której kapitan opowiada o dwóch młodych, idealistycznych żandarmach świeżo po akademii, Neto i André, skonfrontowanych z korupcją i brutalnymi realiami slumsów Rio – słynnych faweli.

Nascimento upatruje w nich swoich godnych następców, gdyż "wojna" – jak trafnie określa swoją służbę – zaczyna ujemnie odbijać się na jego zdrowiu i życiu rodzinnym, i w związku z tym chce zrezygnować ze służby. Na pozór "Elitarni" jest to tylko kino akcji, ale głębiej widać, że jest to przewrotny dramat społeczny, nie pozostawiający suchej nitki na brazylijskim społeczeństwie i jego instytucjach (na marginesie: Padilha poruszał już wcześniej tematykę społeczną w swoim debiutanckim dokumencie "Bus 174")

Przede wszystkim dostaje się policji, która jest pokazana jako wyjątkowo skorumpowana i zdemoralizowana instytucja, w której nikogo nie dziwi kupowanie u przełożonych urlopów, wymuszanie przez funkcjonariuszy haraczów od obywateli, handel "na lewo" częściami zamiennymi do radiowozów oraz pobieranie "wypłat" od gangsterów.

Z kolei bandyci z faweli to wyjątkowi degeneraci, od policjantów różni ich tylko to że wybrali sobie gang na miejsce "pracy". Handlarze narkotyków rządzą slumsami jak własnymi królestwami, gdzie za cień podejrzenia o współpracę z policją grozi egzekucja przez spalenie żywcem, a bandyci dysponują bronią wojskową, i od czasu do czasu urządzają imprezy dla mieszkańców fawel, by pokazać że są po części Robin Hoodami, co nie powinno dziwić ze względu na ekstremalną nędzę panującą w slumsach.

Dostaje się też studentom z "dobrych rodzin", którzy z jednej strony sobie debatują o tym jak to policja działa represyjnie względem społeczeństwa, a z drugiej popalają sobie "trawkę" kupioną u gangsterów i nawet jeszcze wchodzą z nimi w znajomości, co z czasem kończy się tragicznie.

Fot. Alexandre de Souza

BOPE, czyli "Batalhão de Operações Policiais Especiais", istnieje naprawdę, i jest specjalną jednostką brazylijskiej żandarmerii przeznaczona do typowych zadań antyterrorystycznych, a także (a nawet przede wszystkim) do prowadzenia walki z przestępcami ukrywającymi się w fawelach. Film powstał na podstawie książki brazylijskiego socjologa Luiza Eduardo Soaresa, współredagowanej przez oficerów tej formacji, mjr. André Batisty i kpt. Rodrigo Pimentela. Ostatnio, w czasie zeszłorocznego kryzysu w slumsach Rio de Janerio, można było w telewizyjnych wiadomościach zobaczyć ubranych na czarno funkcjonariuszy tej jednostki, wraz z charakterystycznym jej godłem – "nożem w czaszce" – widocznym na burtach ich pojazdów i mundurach.

Na filmie przedstawiono mordercze szkolenie na mokradłach, gdzie żandarmów uczy się nie tyle tężyzny fizycznej i hartu ducha, co przede wszystkim selekcjonuje się ich tak, aby do jednostki trafili tylko ci, których nie da się skorumpować. Sama ceremonia inauguracji szkolenia rekrutów, w świetle płonących pochodni, przypomina inicjację w jakimś bractwie lub sekcie, a w skład szkolenia wchodzi min. jedzenie prosto z ziemi i nauka słowa "strategia" w różnych językach. Ci, którzy nie są w stanie tego wytrzymać i są odrzuceni, muszą na pożegnanie wykopać w obozie szkoleniowym swój symboliczny grób. Jeśli wierzyć narratorowi filmu, "nawet w armii Izraela nie ma tak rygorystycznego treningu".

Żandarmi BOPE są niezwykle brutalni, w porównaniu z nimi Brudny Harry to liberał: strzelają bez ostrzeżenia, grożą bronią, biją i nie stronią od tortur. Są przy tym niesamowicie skuteczni i stanowią jasny punkt na tle wszechobecnej korupcji. Przesłanie jest więc niezwykle przewrotne i niepokojące: porządek w skorumpowanym społeczeństwie można przywrócić tylko brutalną siłą "nietykalnych" działających na granicy prawa.

Film nie wytyka pretensjonalnie palcami odpowiedzialnych za ten stan rzeczy, ograniczając się do pokazania pewnej sytuacji, zostawiając resztę widzowi. Dla kontekstu warto obejrzeć dodatkowo wcześniej wspomniany dokument "Bus 174" czy liczne reportaże min. na brytyjskiej telewizji Channel 4, poświęcone sytuacji w fawelach. Wypada też dodać, że Brazylia znana jest z wysokich dysproporcji majątkowych w swoim społeczeństwie.

Film nie wyróżnia się niczym szczególnym jeśli chodzi o jakość wykonania, jest po prostu solidną porcją bardzo "mocnego" kina, wzorowaną na Hollywood, przy jednoczesnym zachowaniu specyfiki miejsca w którym powstał, a o jego sile decyduje przede wszystkim tematyka i szokujący naturalizm. Niewysoki budżet zrekompensowano ujęciami pseudodokumentalnymi i kręceniem w zdjęć w nocy w naturalnych plenerach, co dodatkowo wzmacnia klimat wielkiej latynoskiej metropolii skrywającej wstydliwe i brutalne sekrety pod powierzchownością słynnych plaż i dorocznych karnawałów.  

Tak swoją drogą, zastanawia mnie jedno: w Ameryce filmowcy kombinują ile mogą aby tworzyć dystopijne wizje przyszłości w filmie, a tym czasem wystarczy zobaczyć jak sprawy się mają w Ameryce Południowej by mieć pomysły prosto z życia wzięte – tym bardziej że pod pewnymi względami USA coraz bardziej przypominają kraje Ameryki Łacińskiej. Z tego też względu, a także wymowy i stylu dotychczasowych dzieł Padilhy, trzymam kciuki za nowego "Robocopa" w jego reżyserii, gdyż mocnym punktem pierwowzoru była satyra społeczna.

Dystrykt 9

W 2005 roku, mało znany reżyser z RPA, Neill Blomkamp – kojarzony z reżyserowaniem reklam i sekwencji filmowych w grach komputerowych – nakręcił krótkometrażowy film "Alive in Joburg". W 2009 roku, po fiasku adaptacji filmowej gry "Halo", Blomkamp – wsparty przez Petera Jacksona, znanego z adaptacji "Władcy Pierścieni" – nakręcił swój pierwszy film fabularny, "Dystrykt 9", będący rozszerzeniem pomysłów z tej krótkiej formy filmowej.

Akcja filmu dzieje się w 2010 roku, 28 lat po tym jak niespodziewanie nas Johannesburgiem zawisł statek kosmiczny obcej cywilizacji. Kiedy rząd RPA nakazał forsownie wejść do wnętrza statku, okazało się że przebywają w nim setki tysięcy zdezorganizowanych kosmitów, wyglądem przypominających dwunożne skorupiaki, będących międzygwiezdnymi uchodźcami.

Pod naciskiem międzynarodowym rząd przyjmuje ich na swoje terytorium, co rodzi niesłychane problemy, gdyż "Krewetki" (tak  pogardliwie nazywają kosmitów ludzie) są dla ludzi odrażające, niezrozumiałe, uciążliwe, nieobliczalne, tak więc po prostu o żadnej integracji z ludzkim społeczeństwem nie ma mowy, co automatycznie spowodowało zepchnięcie ich do tytułowego Dystryktu 9, będącego kolejnym slumsem południowoafrykańskiej metropolii.

Bohaterem jest Afrykaner, Wikus van de Merwe, biurokrata pracujący dla koncernu Multi-National United w wydziale ds. kosmitów. Koncern ten wygrał przetarg na "opiekę" nad kosmitami (w praktyce oznacza to brutalne odseparowanie od ludzi), i ma akurat dokonać operacje eksmisji i przeniesienia "krewetek" w inne miejsce, zwane Dystryktem 10.

W czasie rutynowego "poproszenia" (czytaj: wymuszenia) kosmitów o zgodę na eksmisje, Wikus zostaje zakażony mutagennym wirusem, w efekcie czego jest zmuszony uciekać przed innymi ludźmi, zarówno przed najemnikami koncernu MNU, dla którego jego mutacja jest sposobem na zdobycie kontroli nad technologią kosmitów (co może dać im pokaźne profity), jak i przesądnymi Nigeryjczykami ze slumsów wierzącymi, że spożywanie mięsa kosmitów da im kontrole nad ich bronią.

W tej sytuacji bohater na własnej skórze ma okazje przekonać się, co to znaczy być zaszczutym nędzarzem grzebiącym w śmietniku, i jest zmuszony uciec do slumsów Dystryktu 9 i szukać sojuszników wśród kosmitów..

Cała historyjka jest utrzymana w konwencji kina akcji, tak więc nie brakuje efektownych walk i strzelanin z wykorzystaniem obcej technologii (czego przykładem niech będzie Wikus siedzący za sterami robota). Jednocześnie unika płytkości fabularnej, dzięki aluzji do współczesnych problemów społecznych i świeżym pomysłom ludzi z poza amerykańskiego establishmentu filmowego, czym  budzi uzasadnione skojarzenia z "Robocopem" Holendra Paula Verhoevena z 1987 roku. 

Wśród cech wspólnych, można zauważyć, że oba obrazy pomysłowymi sposobami wprowadzały widza w przedstawiony świat. W "D9" osiągnięto to poprzez ucharakteryzowanie  początku i końca filmu na dokument, a w "Robocopie" fenomenalnie prosto i genialnie wprowadzono widza w świat filmu poprzez dziennik TV i absurdalne reklamy.

Tak jak film Verhoevena, "D9" jest satyrą na prywatyzacje sił bezpieczeństwa i wielkie koncerny, oraz podchodzenia przez społeczeństwo do jednostki według kryteriów czysto ekonomicznych. Zawiera przy tym w sobie obserwacje (szczególnie czytelną w okresie kryzysu gospodarczego) że człowiek we współczesnym świecie bardzo szybko znaleźć się poza nawiasem społeczeństwa, na wskutek niezależnych od siebie okoliczności.

Łatwo się domyśleć, że zastąpienie rasizmu "gatunkizmem" pozwala łatwiej dojść do sedna problemu dyskryminacji i wykluczenia społecznego, poprzez wskazanie na nieodłączny w takich sytuacjach element dehumanizacji. Rzeczywistość nie jest czarno-biała, nielegalni uchodźcy mogą być naprawdę uciążliwi dla sytych społeczeństw, do których starają się przedostać w poszukiwaniu lepszego życia, ale jednocześnie też są przecież ludźmi zasługującymi na godziwe życie. Jednocześnie nasuwa się pytanie, czy aby praprzyczyną takiego stanu rzeczy nie jest dysfunkcyjny system społeczny, preferujący niezrównoważony rozwój, tworzący sztuczne podziały między grupami społecznymi, tak na skale lokalną jak i globalną.

Są tacy, co twierdzą, że ten film jest lepszy od "Avatara". Moim zdaniem to nieprawda, bo oba filmy się uzupełniają i wykorzystują wątek "ludzie kontra kosmici" do bardzo ciekawych alegorii społecznych, z czego dla Camerona punktem wyjścia był współczesny los Indian w Amazonii, a dla Blomkampa apartheid w RPA.

U Camerona zaawansowaną technologią komputerową stworzono obcy świat i jego mieszkańców od podstaw, a dla odmiany Blomkamp osadził fabułę w naszym świecie, więc jedyne czego potrzebował, to dekoracji w postaci autentycznych opuszczonych slumsów Johannesburga i komputerowo animowanych kosmitów, mistrzowski sposób mieszając pseudodokumentalne ujęcia "z ręki" z hiperrealistyczną grafiką komputerową.

Budżet filmu, nakręconego w całości w Soweto, RPA, wyniósł zaledwie 30 milionów dolarów, a do kręcenia wykorzystano cyfrowe kamery firmy RedOne (główne ujęcia, problemy sprawiało szybkie zapełnianie się nośników pamięci materiałem w ultrawysokiej jakości) i Sony (ujęcia z TV przemysłowej i sceny pseudodokumentalne).

Grafikę komputerową początkowa miało wykonać studio Petera Jacksona, Weta Digital, ale w czasie kręcenia "D9" było ono zajęte postprodukcją "Avatara" Camerona, więc efekty w zamian wykonała kanadyjska firma Image Engine.

Na deser, odrobina humoru:

"Pułkowników dwóch"

 

„Avatar” – tajemnica sukcesu.

No i proszę państwa wysokobudżetowa kosmiczna bajka Jamesa Camerona zeszła definitywnie z ekranów kin. Fani wyczekują edycji DVD oraz ponownej projekcji w listopadzie, tym razem z wyciętymi scenami. Moim zdaniem warto się zastanowić nad tym, co takiego jest w tym filie, ze był tak popularny wśród ludzi różnych narodowości, kultur itp, co przełożyło się na fenomen kasowy na całym świecie. Z pewnością zagości na dobre w masowej wyobraźni, tak jak wcześniej "Matrix", "Park Jurajski" czy "Gwiezdne Wojny".

Dotychczas analizowałem ten film pod względem kinematograficznym, oraz naukowo technicznym (część pierwsza, część druga), dziś spróbuję przeanalizować to, w jaki sposób publiczność mogła by odebrać ten film. Dla lepszego klimatu większość ilustracji to twórczość fanów.

Jakie przesłanie wyłania nam się spod ton opakowań po chrupkach i popkornie i kubków po coli porozrzucanych na salach kinowych? Co z tego filmu zostanie w świadomości odbiorców?

James Cameron to stary wyga popkultury, który dobrze wie jak zaczarować publiczność, w szczególności efektami po których potem ciężko człowiekowi ochłonąć (w skrajnych przypadkach dochodziło do depresji u osób oczarowanych światem Camerona). Wie dobrze na jakich tonach zagrać, aby wywołać emocje wśród publiczności, jak zaciekawić fabułą i bohaterami, i do tego ma bezsprzeczny talent w wykorzystywaniu efektów specjalnych do opowiadania historyjek (a nie na odwrót, co zdarza się innym filmowcom, niestety także Georgowi Lucasowi) notorycznie stawiając przy tym poprzeczkę trudności przed swoją ekipą filmową.

Bawi się przy tym konwencją kina akcji, którą sam współtworzył poprzez nakręcenie "Terminatora" i "Terminatora 2", "Obcy: decydujące starcie", czy napisanie pierwszej wersji scenariusza "Rambo 2". Stara się przy tym zdystansować od klisz takowego, np. pułkownik Quatrich czy kapral Wainfleet (ten łysy) to typowe "muły" rodem z kina akcji lat 90-tych i 80-tych, które w "Avatarze" dostają łomot od fizycznie słabszego bohatera.

Polecam prosty eksperyment, czyli obejrzenie filmów Camerona po kolei w krótkim okresie czasu. Widać wtedy jak na dłoni jak często korzysta z tych samych wątków, czyli miłości wystawionej na próbę, silnych postaci kobiecych, matki broniącej potomstwa, konfliktu między wojskowymi a cywilami, krótkowzroczności wielkich koncernów, ujemnych stron postępu technicznego, głupoty wojskowych "jastrzębi", pytań o kondycje ludzką, "niebieskich kołnierzyków" pracujących w obcym środowisku, fascynacji głębiami morskimi i Kosmosem itp. Jest coś w nim z dużego chłopca przelewającego swoje zainteresowania i fantazje na duży ekran, z czego fascynacja nauką i techniką przekłada się na rzemieślniczy perfekcjonizm.

Warto wspomnieć, że Cameron uczciwie przyznaje się do tego, że jest tylko komercyjnym filmowcem, robiącym kino rozrywkowe dla szerokiej publiczności.

Avatar: demotywator

Dlaczego tak wielu podoba się tak bardzo?

Great Leonopteryx

Na początek zacznijmy od najbardziej pokręconych interpretacji filmu.

Zadziwiające jest to, ilu ludzi z prawicy (w tym bloggerzy, których chętnie czytam) poczuło się tym filmem urażonych i wkurzonych. Szybko znaleźli się obrońcy honoru armii amerykańskiej, która rzekomo jest na tym filmie obrażana, mimo iż wyraźnie się na nim mówi, że żołnierze są najemnikami. Lewicowcy nazywają ten film rasistowskim, bo widzą w nim "białego człowieka, który ratuje dzikusów z opresji". Jakaś organizacja katolicka w Polsce wyrobiła tekst o tym, że Na’vi przypominają diabły z ikonografii chrześcijańskiej. Rekord idiotyzmu, moim zdaniem, pobito na Pajamasmedia.com, gdzie autor jednego z artykułów oskarżył Camerona o sianie nienawiści do Ameryki i podniesienie alertu antyterrorystycznego w Wielkiej Brytanii.

Aż się chce krzyknąć: czy jest lekarz na sali kinowej? 

Ale zostawmy te głupotki i przejdźmy dalej. Ten film jest trochę jak hamburger: każdemu pasuje i smakuje, mimo iż jest standardowy do bólu. Jest i miłość przekraczająca granice, i epicki rozmach, i bohaterowie (fakt, strasznie stereotypowi) z którymi łatwo się identyfikować, wyraziste czarne charaktery itp.

Kliknij, aby powiększyć.Nie da się ukryć że po takim wielkim widowisku można by się spodziewać bardziej skomplikowanej fabuły. Z drugiej strony, w sytuacji miedzy twórca z całą premedytacją nawiązuje do znanych motywów, powieści Edgara Rice’a Burroughs’a, "książek SF przeczytanych w dzieciństwie", kilku westernów i filmów przygodowych, i do tego oprawia to w mitologiczną opowieść pełną archetypów to trudno iść w lewo czy w prawo z fabularnym wyrafinowaniem (a szkoda, zwłaszcza że Cameron udowodnił już, że potrafi zawrzeć suspens i zaskakujące zwroty akcji).

Paradoksalnie jej prostota powoduje, że łatwiej wpada ona w oko najszersze możliwie grupie odbiorców. Demografia osób oceniających ten film pozytywnie, według portalu Internet Movie Data Base, jest płaska co świadczy o tym, że jest to film międzypokoleniowy, co dla dzieł kina gatunkowego zdarza się rzadko. Niewykluczone jst to, że Cameron pominął pewne fragmenty Project 880 po to, aby finalny produkt był lepiej strawny dla szerokiej publiczności, co by się przełożyło na sukces finansowy. 

Avatar: fan art

I jest coś dla fanów science-fiction (nawiązań do klasyki jest tyle, że nie mam teraz czasu je wyliczać) i dla miłośników westernów, bo w "Avatarze" za Indian robią kosmici, za konkwistadorów korporacja, a misjonarzy naukowcy. Fanom fantasy pewnie podobają się nawiązania do elfów (Na’vi mają sterczące uszy, mieszkają w drzewach i dobrze strzelają z łuków) i smoków oraz latające góry, ekolodzy wręcz chyba będą nosić Camerona na rękach za motywy proekologiczne, a naukowców urzekła postać pani doktor Grace, która dąży do poznania obcej planety.

Nawiasem mówiąc, Cameron wcale nie jest "przytulaczem drzew", gdyż w scenariuszu "Project 880" Gaja jest nazwana "mitem", a a w wywiadzie Cameron zauważył, że "szlachetny dzikus" to nierealna fantazja. Jeżeli dobrze się przyjrzeć to biosfera Pandory, czczona przez krajowców jako Bogini-Matka, Eyva to bezduszny mechanizm samoregulujący. Gdyby w interesie zachowania równowagi leżało by wyginięcie Na’vich, to na pomoc Eyvy nie mogli by liczyć.

Można zaryzykować twierdzenie, że "Avatar" jest polemiczny względem naiwnego ekologizmu, mimo pro-ekologicznego przesłania.

W Polsce, gdzie drogi są dziurawe jak ser szwajcarski, autostrady buduje się wolno, a elektrownie ledwo zipią, przesłanie ekologiczne może być odbierane jako propagowanie zacofania. Ale trzeba wziąć poprawkę, że dla Amerykanów, co uważają, że świętym prawem człowieka jest jeździć Hummerem po zakupy do supermarketu z naprzeciwka, historyjka emocjonalnie pokazująca dewastacje przyrody może być odkrywczym i oświecającym przeżyciem.

"Polityczny test Rorsharcha"

Jak zauważa Joshua Keating na łamach ‚Foreign Policy", film "Avatar" jest powszechnie traktowany jako wielozadaniowa alegoria. Na świecie nie brakuje konfliktów do których można odnieść fabułę "Avatara". Ale, tak prawdę mówiąc, jest to pewne nieporozumienie, wynikające z tego, że Cameron posłużył się pewnym archetypem pasującym do wszystkiego, tj. walką słabszego z silniejszym o terytorium.

I tak po kolei: 

  • Kilkoro Palestyńczyków przebrało się za Na’vich protestując przeciw rozbudowie izraelskiego muru bezpieczeństwa.
  • W Chinach władze zdecydowały się na ściągnięcie filmu z kin 2D, gdy zaczęły chodzić wieści, że widownia traktuje film jako alegorię częstych w Chinach przymusowych wysiedleń mieszkańców z mieszkań przeznaczonych do rozbiórki przez developerów.
  • Trudno nie mieć skojarzeń z Darfurem, gdzie islamskie bojówki wspierane przez rząd masakrują animistów i chrześcijan na roponośnych terenach.
  • "Ten film jest o nas" – powiedzieli Indianie z Ekwadoru, widząc w nim metaforę swojej walki z rządem i konsorcjami o tereny roponośne.
  • Grupa aktywistów z Survival International prowadzi kampanię na rzecz plemienia Dongra, żyjącego w Indiach, które to domaga się respektowania swoich praw przez koncern wydobywający boksyty na ich terenie. 
  • David Boaz z libertariańskiego Cato Institute powiedział, że film jest "o obronie prywatnej własności".

…I tak można w nieskończoność mnożyć… Nawiasem mówiąc film jest realistyczny1 w jednym aspekcie: słabi mogą wygrać z silniejszym wtedy, gdy ktoś z zewnątrz im pomoże.

Dodać można jeszcze że James Cameron był mile zaskoczony, gdy badania widowni przeprowadzone przez dystrybutorów na całym świecie wykazały że w różnych krajach ludzie śmiali się i płakali na tych samych scenach.

O tym, jak trudno zrozumieć konwencje

Avatar: fan art

Dla większości widzów jest to i tak historyjka o niebieskoskórych kosmitach broniących się przed ludźmi. Ale moim zdaniem powierzchowne a nawet miejscami pokraczne interpretacje "Avatara" są spowodowane niezgłębieniem konwencji w której film jest zrobiony. W tle pojawiają się ciekawe wątki, a w konwencji fantastycznej to świat przedstawiony sam z siebie przekazuje pewne przesłanie i opowieść. Nie może to być, oczywiście, pretekst do chodzenia na łatwiznę przez twórców.

Ja wręcz uwielbiam w tym filmie to, że mimo baśniowości występują w nim motywy solidnej hard SF (pisałem  tym wcześniej) jak bardzo prawdopodobny sposób odbywania podróży kosmicznych.

Interpretowanie "Avatara" jako opowieści o walce z niesprawiedliwością i zaborem jest takim samym nieporozumieniem, jak ograniczenie "2001: Odysei Kosmicznej" do opowieści o ekspedycji na Jowisza czy "Akiry" do przygód gangu motocyklowego.

Trudno nie zauważyć, że Cameron wykorzystał w pełni możliwość jaką daje science-fiction, czyli pokazanie ludziom lustra, w którym mogą się przyjrzeć, poprzez przenoszenie akcji w inne światy i przyszłość, dając do ręki ludziom niezwykłą siłę albo wiedzę, czy pokazując świat z perspektywy robotów, cyborgów, kosmitów itp.

Wątek Ziemian-najeźdźcców jest rzadziej poruszany, niż inwazja kosmitów na Ziemię. Na filmie odwrócono tradycyjne relacje między ludźmi a kosmitami w SF; w "Avatarze" ludzie są bardziej technicznie zaawansowani od kosmitów. Łuki i latające ‚smoki’ są tak samo mało skuteczne przeciw helikopterom jak F-16 przeciw latającym talerzom w "Dniu Niepodległości" Emmericha.

Film nie ma przesłania antyhumanistycznego, jak twierdzą co niektórzy, wskazując na sympatycznych kosmitów i złych ludzi, a nawet wręcz przeciwnie. Nieetycznie zachowują się ci ludzie, którzy akurat mają władzę i siłę w kolonii na Pandorze, podczas gdy naukowcy, pełniący funkcje listka figowego dla koncernu, mają bardziej moralny stosunek do obcego świata.

Na’vi to są po prostu ludzie, ale jakby reprezentujący naszą lepszą stronę nas samych. Są dobrze zbudowani, bez zbędnych kilogramów, są wysocy, a ich społeczność opiera się na wzajemnym szacunku i równowadze. Jeśli się dobrze przyjrzeć, nie są wyidealizowanymi dzikusami: znają instytucje wojny i mają swoje zasady, które bezwzględnie egzekwują (gdyby nie, to by nie mieli miejsca do egzekucji na skazańcach). No i oczywiście żyją zgodnie z naturą, mają kocie nosy i ogony co powoduje że wyglądają sympatycznie.

 

Konflikt między Na’vi a Ziemianami jest metaforą konfliktu człowieka z przyrodą; Na’vi mogą żyć bez jej dewastowania, gdyż są z nią połączeni na poziomie impulsów nerwowych. Ci drudzy jako gatunek tak nie mogą, dlatego posiłkują się maszynami i nauką.

Ludzie są podzieleni na dwa obozy. Konflikt między naukowcami i najemnikami i korporacją na filmie pokazuje starcie dwóch postaw wobec rzeczywistości: z jednej strony chęć jej dogłębnego zrozumienia i poznania, z drugiej bezwzględna konfrontacja ze wszystkim co jest nie po drodze, w imię doraźnych korzyści.

Ci drudzy, a dokładnie koncern RDA, mają technokratyczne i krótkowzroczne podejście do rzeczywistości: tu coś wykopać, tu coś wbudować, tam coś wyburzyć, tam odpalić rakietę, a jedyna troska to to, aby słupki zgadzały się w raporcie kwartalnym. A jak się "niebieskim małpom" coś nie podoba, to potraktujemy ich gazem łzawiącym i napalmem. I brutalne konsekwencje takiego podejścia widzimy na ekranie.

Słyszałem głosy, że jak na XXII wiek ludzie na filmie wyglądają zbyt mocno podobnie do ludzi współczesnych, podobnie się ubierają, mają zbliżony styl życia itp. Moim zdaniem taka wizja jest bardziej metaforyczna, i może być ilustracją zjawiska, które Alvin Toffler nazwał "szokiem przyszłości" czyli zaskoczenia społeczeństwa zbyt szybkimi zmianami technologicznymi, jak i może być metaforą tego, że jeżeli ludzie się nie zmienią itp. to będą w przyszłości ciągle powtarzać te błędy co w przeszłości.

W ogóle ten film pokazuje, że posiadanie zaawansowanej technologii nie idzie w parze z zasadami moralnymi. Jest za to pochwałą mądrości, czy to serwowanej nam przez naukę czy moralność, tradycje i religię.

Rozumiem dlaczego niektórzy Amerykanie tak wkurzyli się na ten film. Pułkownik Quatrich, pod pewnymi względami, przypomina ideał amerykańskiego bohatera, który by chyba doprowadził Ayn Rand (intelektualną patronkę amerykańskiej prawicy) do płaczu z zachwytu; jest indywidualistą z silną osobowością i równie silnym ciałem, całkowicie samodzielny i sprawny pod względem techniczno-organizacyjnym, zawsze gotowy do walki, stosując przy tym bojową logikę "albo my albo oni". 

No i oczywiście ma wielki rewolwer u pasa.

Jako ciekawostkę można podać fakt, iż inspiracją dla korporacji RDA była dla Camerona Kompania Wschodnioidnyjska, którą już w XVIII wieku Edmund Burke oskarżał o dewastacje Indii

Kino "Pokolenia Y"

Pokolenie Y to, przypominam, ludzie urodzeni w latach 80-tych i 90-tych XX wieku, których to dzieciństwo i młodość przypadły na czasy Internetu, gier komputerowych i ogólnie rewolucji informatycznej.

Avatar: fan art

To nie przypadek, że w kinie popularnym ostatnich lat pojawiają się motywy wchodzenia bohaterów w inną rzeczywistość i dokonywania tam rzeczy heroicznych, przy pomocy wyrafinowanych środków technicznych.

 Avatar a Matrix

Ta metafora jest dobrze zrozumiana przez ludzi wychowanych od dziecka na grach komputerowych i innych zaawansowanych technologicznie formach rozrywki, które takie przeniesienie w inne światy oferują. A obecność "awatara" w slangu internetowym to przysłowiowa wisienka w koktajlu, podobnie jak fakt że do kręcenia filmu wykorzystano technologię bezpośrednio wywodzącą się z technologii produkcji gier komputerowych.

W pierwotnym scenariuszu o nazwie "Project 880" operatorzy awatarów przypominają nawet trochę nałogowych graczy; są niedomyci, zarośnięci i całkowicie zaabsorbowani życiem w innej rzeczywistości. W "Avatarze" Jake zachowuje się tak jak nałogowy gracz; je w pośpiechu, zaniedbuje higienę osobistą i nie może się doczekać ponownego połączenia.

Sama Pandora i jej biosfera przypominają wizję społeczeństwa informatycznego przyszłości. Wcześniej wspomniany futurolog Toffler porównał inteligentne środowisko informatyczne do wizji świata według animistycznych Indian. Środowisko Pandory jest inteligentne: Na’vi nie potrzebują pisma i innych mediów, gdyż wszystkie doświadczenia ich przodków są przechowywane w banku danych, którymi są Drzewa Dusz. Konflikty są wygaszone, nie ma nieudanych związków, wszystko jest w równowadze, społeczności Na’vich na całym globie mówią identycznym językiem. Cameron powiedział że scena modlitwy Jake’a może być świecko interpretowana jako wymiana informacji, po której to Eyva, będąca gigantycznym biologicznym komputerem, podjęła stosowne decyzje.

Na zakończenie można powiedzieć, że z punktu czysto popkulturowego ten film to symboliczna konfrontacja konwencji Science-Fiction z konwencją Fantasy, odpowiednio reprezentowaną przez ludzi i Na’vi. Poza tym, każdy kto grał w gry RTS i podobne może zauważyć podobny motyw dwóch frakcji dysponujących totalnie odmiennym wyposażeniem i taktyką, gdzie jedna frakcja używa technologii, a druga biologii, weźmy chociażby insektoidalnych Zergów i technologicznych Terran ze „Starcrafta”, czy Kosmicznych Marines i Tyranidów z gier „Warhammer 40.000”.

Coś do śmiechu ;)

-Widzę cię pułkowniku… -Och, rekruci, jacy oni są słodcy…

-Pandora to piekło. Na zewnątrz nie możecie oddychać, a do tego są tam miejscowe dziewczyny… 

© Vladcorail, http://vladcorail.deviantart.com/

Ilustracje: 

http://bangalore-monkey.deviantart.com/art/Cameron-151592394 (użyte za zgodą autora) 

http://anndr.deviantart.com/art/Na-vi-147524694

http://vbagi.deviantart.com/art/great-leonopteryx-speedpaint-153091268  

aoino_broome, AVATARよかった~。, http://www.pixiv.net/member_illust.php?mode=medium&illust_id=8149929

Do posłuchania i oglądania:

Panelowa dyskusja z Jamesem Cameronem na spotkaniu Writers Guild of America.

Wywiad Charliego Rose’a z Cameronem.

Przypisy:

1.)Mam tu na myśli realizm jako szkołę stosunków międzynarodowych.

„Avatar” Jamesa Camerona – MEGARECENZJA

Od autora: Tekst został kosmetycznie poprawiony, dodatkowo polecam trzy artykuły pokrewne: Nauka i technika w "Avatarze", cz.1 , Nauka i technika w "Avatarze", cz.2 i Avatar – tajemnica sukcesu. (23.07.2010)

Uwaga! To nie jest zwykła recenzja filmu! Bardziej pasuje tu słowo "analiza", która jest zbiorem moich wrażeń i przemyśleń, oraz opinii i materiałów znalezionych w Internecie. Zastrzegam też, tekst jest długi; proszę więc o wyrozumiałość. Wyczernione fragmenty to tzw. spoilery, psujące przyjemność oglądania filmu tym, którzy go jeszcze nie widzieli.

Na początek kilka ustaleń wstępnych:

Po pierwsze: wszystkie recenzje można sprowadzić do jednego zdania: super efekty specjalne i słaba fabuła, która jednak bardzo angażuje widza. Ja chciałbym temat trochę głębiej podrążyć.

Po drugie: zdaje sobię sprawę z oczywistości niektórych tez poniżej, ale uważam, że warto wszystko zebrać "cuzamen do kupy" w jednym miejscu.

Po trzecie: jestem zaskoczony tym, że ten film, którego scenariusz powstał po to, aby znaleść zastosowanie dla nowych technologii filmowych i zarobić sporo kasy, budzi takie gwałtowne emocje. Męczy mnie roztrząsanie "co autor miał na myśli", dlatego będę trzymał się tego, co James Cameron sam o tym obrazie napisał i powiedział.

Jak ja oceniam filmy? Otóż uważam, że dobry film, niezależnie od kategorii, musi mieć oprócz prawidłowego wykonania, scenariusza itp, coś co ja nazywam "charyzmą", czyli czymś co budzi pozytywne emocje u widza, i co ciężko jest jakościowo ocenić obiektywnie, gdyż zależy ona np. od grupy docelowej.

Obraz:

"Nie jesteście już w Kansas, tylko na Pandorze."

Filmowcy Camerona zrobili coś niewiarygodnego; przy pomocy komputerów stworzyli niesamowity, fantasmagoryczny świat Pandory, niczym ze snu. Latające góry, gigantyczne drzewa, pterodaktylowate latające stwory cała reszta fauny i flory planety, w tym fosforyzujący las , maszyny ludzi (statki kosmiczne, spychacze, helikoptery, transportowce, egzoszkielety itp.) – wszystko to wygląda niewiarygodnie realnie równie i realnie porusza się!!

Mimo iż film oglądałem w kinie 2D, to miejscami czułem zawrót głowy, typowy dla lęku wysokości.

Ruch komputerowo wygenerowanych postaci jest bardzo płynny, nie ma wrażania sztuczności, szczególnie w przypadku mimiki twarzy, która animowanym komputerowo postaciom dodaje człowieczeństwa. Fantastyczne są różne drobne detale: np. gdy Na’vi płaczą, to widać w ich oczach łzy, a gdy Jake w swoim awatarze zjada owoc, z ust ciekną mu soki itp. W innych scenach ich skóra fosforyzuje i robi się wilgotna w deszczu i rosie.

Na’vi, jak koty, strzygą uszami, merdają ogonami i szczerzą kły, co wygląda bardzo realistycznie, a trzeba pamiętać że nie są to ruchy typowe dla człowieka, tym bardziej trzeba docenić pracę animatorów.

Nawiasem mówiąc, humanoidalny wygląd Na’vich i kocie cechy są niemożliwe z punktu widzenia biologii (nie mówiąc o tym, że są niekoheretni z innymi formami życia na Pandorze) i wyglądają tak po to, aby widzowie mogli ich polubić, oraz żeby podkreślić ich bliski związek z naturą.1

Fabuła:

Teraz przejdźmy do elementu najbardziej krytykowanego.

Na początek odrobina perspektywy. Przygody Indiany Jonesa rażą uproszczeniami i komiksowością, gdyż inspiracją dla nich były stare seriale filmowe z lat 30-stych i komiksy z Kaczorem Donaldem. "Matriks" jest pełen cytatów i nawiązań chyba do wszystkiego co się da, trylogia "Piraci z Karaibów" była zainspirowana… atrakcją w Disneylandzie, dodatkowo nawiązując do klasyki kina pirackiego (np. do "Karmazynowego Pirata"), "Terminator" nawiązuje do klasycznego motywu science-fiction, czyli buntu maszyn i podróży w czasie, z czego o ile mi wiadomo Camerona pozwano do sądu za plagiat w tym filmie. W konwencji kina rozrywkowego zapożyczenia są dopuszczalne, o ile nie ocierają się o zwykły plagiat.

"Avatar" opiera się na opowiedzeniu bardzo prostej historii, mocno inspirowanej klasyką gatunku science-fiction.

Konflikt o wrogą dla człowieka planetę bogatą w ważny surowiec? Było, w "Diunie" Franka Herberta, razem z religią i kulturą powiązaną z ekologią planety i bohaterem z zewnątrz przyjętym przez miejscowych.
Księżyc Pandora, ukazany jako jeden wielki organizm przypomina "Solaris" Lema, a powszechnie się wskazuje, że pomysł na awatara jest wzięty z opowiadania "Call me Joe" Poula Andersona z 1957 roku. Egzoszkielety to temat z powieści Roberta Heinleina "Kawaleria Kosmosu", ludzie jako bezrefleksyjni technobarbarzyńcy to motyw z "Kronik Marsjańskich" Raya Bradburiego, a podstawianie "szlachetnych dzikusów" jako antytezy cywilizacji "białego człowieka" to też motyw stary jak świat, obecny np. w "Przygodach Guliwera" J. Swifta2.

To że Cameron nawiązuje do klasyki, w tym do swoich własnych filmów (i to tak bardzo, że zaangażował do jednej z głównych ról Sigurney Weaver), tylko dobrze o nim świadczy. Sam przyznał że nawiązywał min. do filmu "Zabawa w Boga", o Indianach w Amazonii i "książek SF przeczytanych w dzieciństwie" (to ostatnie wiele tłumaczy). Znalazłem nawet listę opowiadań, powieści i komiksów fantasy i SF, które bardzo przypominają fabułą i obrazami "Avatar". I tak, oprócz wspomnianego wcześniej opowiadania Andersona, wskazano na niej na: 

  • Robert F. Young – "To Fell a Tree" – opublikowana w Magazine of Fantasy & Science Fiction w 1959 roku, opowiada o armii chciwych ludzi, trzebiących święte drzewa na planecie zamieszkałej przez humanoidalnych, prymitywnych kosmitów
  • Ben Bova – "The Winds of Altair", powieść z 1973 roku; znowu mamy awatary używane do odkrywania obcego świata zamieszkałego przez kotowatych kosmitów i jego zaborczą kolonizację przez ludzi
  • Clifford Simak – "Desertion" z 1944 roku: ludzie używają awatarów do odkrywania obcej planety, z czego ci co przenoszą się w ciała awatarów nie mogą wrócić na Ziemię, i wybierają życie wśród krajowców
  • Wydana takźe w Polsce powieść "Słowo ‚las’ znaczy ‚świat’" Ursuli K. Le Guin z 1972 roku, zawierająca wątek rabunkowego wycinania drzew przez zmilitaryzowaną kolonię ludzi na innej planecie i okrutnego traktowania przez nich kudłatych, inteligentnych i połącząnych telepatycznie stworzeń, które  przystępują do wojny z ludźmi.

Wielu komentatorów zwraca też uwagę na podobieństwa z "Planetą Śmierci" Harrego Harrisona, a Na’vi wywołują skojarzenia z elfami z kanonu fantasy, w którym to występuje dosiadania latających stworów np. w cyklu "Jeźdźcy Smoków z Pern".

Dygresja: W medium wizualnym wątek latających wojowników przedstawiono w komiksie "Arzach" Moebiusa i filmie animowanym dla dorosłych "Heavy Metal" z 1981 roku:

"Heavy Metal"

Na pewno Cameron miał okazję się z tym spotkać.

Wracając do "Avatara": Idąc na widowisko przygodowe spodziewamy się rozrywki a nie głębokich przemyśleń, tym bardziej, że wykonał je reżyser kojarzony właśnie z takim typem kina. Tego filmu nie można traktować jako "twarde science-fiction" (na co autor też zwrócił uwagę) ale po prostu współczesną bajkę z następującymi morałem: chciwość nie popłaca, człowiek powinien szanować przyrodę, brutalna siła nie gwarantuje zwycięstwa, moralność stoi ponad lojalnością wobec grupy itp.

Konflikt jest bardzo jasno narysowany: chciwy biznesmen i jego "trepy" kontra sympatyczni kosmici i próbujący ich zrozumieć naukowcy, i do tego mamy zderzenie naukowo-technicznej cywilizacji Ziemian z kulturą biologiczno-mistyczną Na’vich, któży nie potrzebują techniki, gdyż potrafią się łączyć z innymi istotami obecnymi na Pandorze i wykorzystywać ukrytą moc planety. Trudno w takiej konfiguracji wykrzesać jakiś skomplikowany, głęboki scenariusz, tym bardziej że nacisk jest położony na obraz i widowiskowość, i że impulsem do napisania scenariusza była chęć użycia nowej technologii, co Cameron w wywiadach wiele razy potwierdzał.

Reżyser zresztą "męczył" ten scenariusz, znany enigmatycznie jako "Project 880", przez 10 lat i pierwotna wersja była bardziej skomplikowana i miała więcej wątków i postaci i zawierała np. sceny  ekologicznie zdewastowanej Ziemi, inną drogę Sulliego ku akceptacji wśród Na’vich czy wreszcie kompletnie inne zastosowanie programu "awatarów’. Finalna wersja scenariusza jest mocno okrojona, bo ekranizacja pierwotnego wydłużyła by film o dwie godziny, a i tak wszystkiego nie nakręcono.

"Imperializm na Pandorze":

Odczytywanie filmu przez pryzmat bieżącej polityki jest błędne. Jednocześnie pewne elementy z ostatnich wydarzeń politycznych przewijają się, ale absolutnie nie są tak prostacko wyłożone, jak to się niektórym wydaje, i przesłanie jest zdecydowanie bardziej uniwersalne, np. dot. mechanizacji wojny (co też stwierdził reżyser), czy też popełnianie okrucieństw przez ludzi w imię zdobycia "kamienia filozoficznego" np. ideologii, co symbolizuje unoszący się w powietrzu metal "unobtanium" (jak słusznie zauważył cameel).

Np. scena zawalania się drzewa-domu Na’vich po nalocie najemników budzi skojarzenia z zawalaniem się wież WTC, co stwierdził sam reżyser.

Ręce opadają, gdy się słyszy że film atakuje armię amerykańską, tym bardziej że film nie przedstawia żołnierzy, ale najemników pracujących dla korporacji! Sam bohater na samym początku filmu nazywa ich "byłymi obrońcami wolności"!

Jak widać są tacy, co zapewnie woleli by widzieć na filmie Ziemian masakrujących Na’vich, pokrzykujących przy tym "Yo, Joe!"4.

Dygresja: trudno tu nie wspomnieć o fenomenie filmu "Żołnierze Kosmosu" Paula Verhoevena z 1997 roku, który cynicznie parodiował literacki pierwowzór, zamieniając libertariańską utopię Heinleina w militarystyczną groteskę.

Twórcy filmu miejscami robili to dość namolnie np. ubierając bohaterów w quasihitlerowskie mundury, parodiując filmy propagandowe i układając umyślnie patetyczne dialogi, eksponując głupotę i niekompetencję armii przyszłości, a mimo takich oczywistości film zyskał dużą popularność wśród widowni spragnionej akcji i rozwalania gigantycznych owadów, która najwyraźniej nie dostrzegła satyry.

I jest to rzecz bardzo zastanawiająca…

 

Faktem jest, że latające nad dżunglą helikoptery, bomby zapalające i miotacze płomieni, cekaemiści w lukach oraz wyskakujący z maszyn kosmiczni marines przywodzą na myśl Wietnam. (Nawiasem mówiąc, tamta wojna to też klisza, powielona metaforycznie np. w "Predatorze" czy opowiadaniu "Na pierwszej linii" G. Wolfe’a)

Cameron jasno powiedział, że film ma przesłanie proekologiczne, które chciał wyłożyć w emocjonalnej, ostrzegawczej historyjce:

http://video.hollywoodreporter.com/services/player/bcpid40254714001?bctid=57769377001

…ale jednocześnie nie wykluczył skoncentrowania się na zwykłej akcji i przygodzie, bo jak sam powiedział, to kwestia wyboru widza.

Podsumowanie:

Ten film jest po prostu najlepszą eskapistyczną fantazją jaką można sobie wyobrazić, odwołującej się do tęsknoty za powrotem do natury i poczucia wspólnoty. Któż z nas nie chciałby tak jak główny bohater, przeżywać przygody się w niezwykłym świecie ("co możemy im dać? Jeansy i dżin?"-zapisuje Sully w swym wideoblogu), znaleźć miłość swego życia w postaci egzotycznej piękności4 i dokonać czegoś heroicznego?

Pomysł ustawienia inwalidy wojennego w roli bohatera zaznającego pełni życia w ciele bardzo sympatycznej istoty i w innym, lepszym świecie jest rewelacyjny, gdyż znakomicie identyfikuje widza z nim. Jesteśmy właśnie takimi "inwalidami"; żyjącymi w szarej rzeczywistości przeciętniakami, którym kino oferuje ucieczkę w inny świat. Wchodzenie Jake’a do komory łączącej go z awatarem jest metaforą każdego kto poszedł do kina na ten film.

Te elementy, podobnie jak prosta, ale bardzo dobrze rezonująca w świadomości odbiorcy opowieść wraz z fantasmagorycznym światem składają się na charyzmę tego obrazu i jego niezwykłą popularność.
 
Z pewnym zdziwiem przeczytałem informacje, że Cameron planuje trylogię, jeżeli pierwszy film "wypali". Mam ku temu duże wątpliwości, gdyż fabuła raczej nie rokuje na rozwinięcie, mimo bogatego świata przedstawionego…

Plotki mówią kilku scenach scenach, które zostały wycięte, a mogą pojawić się na DVD i BluRay, i dodać nieco głębi scenariuszowi. Jak by tego było mało Cameron najprawdopodobniej umieści w edycji DVD wyciętą scenę miłosną między Sullym i Neytiri5


Ziemia przyszłości: jedna ze scen pominiętych w kinowej wersji filmu. Nawiasem mówiąc, takie wizje ciągną się już chyba od czasu "Metropolis" Fritza Langa, po "Blade Runnera" i "Sędziego Dredda".

Moje czepialstwo:

  • Drażniło mnie zbyt nachalne wzorowanie Na’vi na Indianach, choć gwoli sprawiedliwości projektanci postaci zauważalnie czerpali inspiracje z innych ludów pierwotnych.
  • Nie jestem zwolennikiem epatowania brutalnością, ani też nie wymagam naturalizmu w stylu "Szeregowca Ryana", ale wojna to nie zabawa i więcej realizmu scenom śmierci by nie zaszkodziło. Rozumiem, że twórcy chcieli sprzedać swój film jako familijny, ale takie posunięcie spłyca przesłanie.
  • Wiele razy w różnych komentarzach zwracano uwagę na papierowość postaci. Inna sprawa, że formuła kina przygodowego raczej nie daje możliwości na rozwój postaci przez autora, jeżeli film ma się zmieśćić góra w trzech godzinach.
  • Na koniec muszę się przyczepić do słynnych scen przebijania kabin helikopterów strzałami – wyglądają szalenie nielogicznie, gdyż podczas pierwszej konfrontacji ta sama broń okazała się nieskuteczna wobec tego samego celu. To samo dotyczy dziwnej nieodporności kabin egzoszkieletów…

Uwagi warsztatowe:

Pierwszym filmem pełnometrażowym, gdzie użyto grafiki 3D wygenerowanej przez komputer, (bardzo prymitywnej, co warto podkreślić) był disnejowski "TRON" z 1982 roku, nawiasem mówiąc, bardziej będący bajką niż poważnym SF.

W latach 90-tych animacja komputerowa na dobre zagościła w studiu efektów specjalnych, wypierając miniatury i modele. Pierwszym odważnym krokiem w stworzeniu dłuższych form filmowych wykonanych w całości w tej technologii był pełnometrażowy film dla dzieci Toy Story z 1995 roku. Sam fakt, iż była to animacja komputerowa, wzbudził sensacje. A potem, poszło wszystko "z górki", ("Shrek", "Potwory i Spółka", "Dawno Temu w Trawie" i wiele innych) czego finałem było definitywne zamknięcie działu tradycyjnej animacji w wytwórni Disneya, panujący po dziś dzień i duopol wytwórni Pixar i Dreamworks.

Swego czasu wdziałem francuski film "Immortel (ad vitam)", znany w Polsce jako "Immortel – kobieta pułapka", zrealizowany na podstawie komiksu Bilala, z bardzo hermetycznym scenariuszem. Na tym filmie ruchy postaci wygenerowanych komputerowo były sztuczne, a główne role tak czy siak obsadzono aktorami, wtopionymi potem w trójwymiarowe obrazy komputerowe.

Do realizacji "Avatara" wykorzystano technikę "motion capture" – "przechwytywanie ruchu" aktorów i wprowadzania ich do komputera w celu animowania wirtualnej postaci (stosowaną z powodzeniem już wcześniej, np. do animowania postaci Golluma czy załogi "Latającego Holendra"), którą rozszerzono na przechwytywanie mimiki twarzy aktorów, i połączono z nowym pomysłem, czyli  "wirtualnym studiem" pokazującym ruch obiektów wygenerowanych przez komputer w czasie rzeczywistym (co jest zastosowaniem technologii powszechnie używanej w grach komputerowych).

10-Minute Avatar Behind-the-Scenes Featurette

Tern ostatni fakt jest godzien podkreślenia, gdyż w przeciwieństwie do mozolnego ustawiania wirtualnej kamery w programie do grafiki 3D technologia śledzenia ruchu umożliwia intuicyjne prowadzenie przez operatora "kamery" po obszarze alterier, i otrzymywania natychmiast obrazu wirtualnej sceny na jej "matówce", którą był po prostu przenośny ekran LCD.

Poza tym, filmy składające się w większości z animacji 3D były uważane raczej za coś dla dzieci niż dla głównego nurtu, a "Avatar" przeskakuje tą barierę całkiem skutecznie. Możemy się więc spodziewać jeszcze szerszego używania techniki animacji 3D do generowania wirtualnych aktorów.

W tym miejscu chciałbym wyrazić swoje wielkie brawa dla Zoe Saldany, za skoncentrowanie swego potencjału aktorskiego na udzielenie swego głosu i ruchu i mimiki postaci Neytiri – ostatni raz czułem taki podziw dla kunsztu aktorskiego w odtworzeniu fantastycznej postaci, gdy widziałem Petera Wellera wcielającego się w postać Robocopa. Przy okazji, mały montaż fotografii, pokazujący dwie epoki w historii kina:

http://blogs.sundaymercury.net/anorak-city/2009/12/avatar-how-james-cameron-did-i.html
http://www.popsci.com/technology/article/2009-12/feature-3-d-revolution

Można by, oczywiście, przebrać aktorów w kostiumy, maski itp. i osiągnąć niezłe rezultaty, ale pojawia tu kilka problemów, chociażby taki, że sam proces nakładania na aktora charaktreryzacji trwa wiele godzin (przekonał się już o tym Boris Karloff grający monstrum Frankensteina) a samo przebranie strasznie krępuje ruchy aktora i ogranicza jego ekspresje i tworzy barierę między nim a widzem, nie mówiąc o tym, że pewne rzeczy są wręcz niemożliwe do osiągnięcia tą techniką, bądź rezultaty byłyby niesatysfakcjonujące (warto przyjżeć się ilości palców u rąk i stóp Na’vich, ich oczom czy wzrostowi – trudno, o ile w ogóle, byłoby coś takiego osiągnąć przy pomocy tradycyjnej charakteryzacji)6. Dlatego Cameron od razu odrzucił tą metodę realizacji:

http://www.youtube.com/watch?v=1wK1Ixr-UmM

Zasługą filmu Camerona jest przeskok przez coś, co w żargonie nazywa się z angielska "uncanny valley", która jest poważnym problemem w grafice 3D. "Uncanny valley", co w wolnym tłumaczeniu oznacza "dolinę niesamowitości" – jest to nazwa pewnego procesu psychologicznego oznaczającego, że im bardziej staramy się stworzyć fotorealistyczną postać, to tym trudniej jest nam to zrobić, gdyż coraz większe podobieństwo wizualne uruchamia w odbiorcach coraz większe zapotrzebowanie na realizm, a wszystko "w połowie drogi" wydaje się odrzucające. Co ciekawe, teza ta dotyczyła robotów i została sformułowana w Japonii: http://en.wikipedia.org/wiki/Uncanny_valley


 Jednak jest pewien próg, po przekroczeniu którego sztuczne postacie wydają nam się naturalne, i aby tego dokonać, trzeba dać możliwość ekspresji emocji przez wirtualne postacie. I to Cameronowi i jego ekipie udało się.

Sądzę, że następnym krokiem będzie nie tyle zwiększenie realizmu samej animacji, ale wyeliminowanie przechwytywania ruchu, tak aby komputer mógł realistycznie zasymulować ruch postaci.

Tym wszystkim, którym film się nie podobał, mogę poradzić następującą interpretacje: kiedyś programiści pisali na komputery kompletnie niepraktycznie programy, zwane "demami", któych zadaniem jest jedynie prezentacja możliwości danego komputera. I można "Avatar" Camerona zinterpretować jako demo nowych technologii filmowych.

Przypisy:

1.)Ludzie-koty to ustalony motyw w popkulturze, na poczekaniu można wyciągnąć np. szkice koncepcyjne z gry Final-Fantasy oraz opis rasy Ronso http://finalfantasy.wikia.com/wiki/Ronso

2.)Ze szlachetnych dzikusów i tak wolę Na’vi od wyidealizowanych samurajów i Indian. Przynajmniej nikt nie zakłamuje historii i nie wciska mi tu ciemnoty, bo konwencja SF dostarcza uzasadnienia dla takiego a nie innego obrazu.

3.)

http://www.youtube.com/watch?v=zT7GWPwhd40 width:320 height:200

4.)"(…) i pobawić się ogonem swojej ukochanej, gdy cała planeta uśmiecha się do ciebie fluorescencyjnym światłem" kpi sobie i ironizuje Mark Morford z "SFGate.com", upatrując się w tym filmie "erotycznej fantazji białego człowieka o Innych" 

5.)Swoją drogą, ciekawe kiedy Neytiri trafi na rozkładówkę "Playboya", jak Marge Simpson i bohaterki gier komputerowych?

6.)Na forum poświęconym efektom specjalnym grupka entuzjastów postanowiła przy użyciu tradycyjnej techniki odtworzyć postać Na’vi, proszę spojrzeć na rezultaty: http://theeffectslab.com/forums/viewtopic.php?t=12771

G.I. Joe: czas braku pomysłów?

KinomaniakHollywood ma pecha. Od ładnych kilku lat daje się zauważyć wyczerpanie pomysłów i brak oryginalności. Dopuki, doputy można było kręcić sequele to jeszcze nie było tak źle, ale z biegiem czasu trzeba było podjąć jakąś decyzje, aby coś sprzedać. Więc producenci filmowi z Kalifornii skierowali swe oczy na rzeczy znane i lubiane motywy, czyli ekranizowanie komiksów, gier komputerowych, klasycznych kreskówek i… zabawek.

Przykładem na to niech będą "Transformersy", jak i od kilku dni znajdujący się na ekranach film "GI Joe: Czas Kobry". Filmu nie oglądałem (i nie mam zamiaru), ale zaciekawiły mnie reakcje fanów. Trzeba pamiętać, że dla wielu trzydziestoparolatków w USA i na świecie ma bardzo sentymentalny stosunek do zabawek z serii "G.I. Joe" i towarzyszących im kreskówki i komiksów itp, na co na pewno liczyli producenci filmu.

Otóż z tego co mi wiadomo, film wywołał bardzo mieszane odczucia, kto nie wierzy, niech zobaczy na Facebook i Twittera, czy RottenTomatoes.com (gdzie uzyskał ocenę pozytywną na poziomie 39%). Jedni narzekają na to, że nowi G.I.Joe to nie ci sami, którymi bawili się jako dzieci, inni narzekają na sam film jest po prostu nieciekawy, bez "iskry".

Nie zamierzam dyskutować tutaj o samym filmie, ale o tym, dlaczego tylu widzów jest zawiedzionych. Po pierwsze, twórcy filmu nie mogli by wiernie oddać postaci z oryginalnej serii zabawek i kreskówek. Wyobrażacie sobie aktorów poprzebieranych w takie kostiumy? Wyglądali by jak gejowski zespół "Village People"…

G.I.Joe - z lat 80-tych.

(szczególnie ten Indianin po prawej)

Nie wszystko da się przenieść wiernie na duży ekran. A do tego sprawę komplikuje fakt, iż gry komputerowe i zabawki w większości są w samym założeniu kiczowate i sztampowe; nie są bowiem pomyślane o opowiadaniu fabuły, a dostarczaniu zabawy.

Posłużę się przykładem z mojego dzieciństwa; kiedy byłem mały, na swojej Amidze 500 grałem w taką jedną grę, gdzie się latało helikopterem i walczyło się z armią bliskowschodniego dyktatora ucharakteryzowanego na Saddama Husajna.

Gracz tym jednym helikopterem demolował całe dywizje czołgów, niszczył fabryki broni chemicznej i biologicznej, uwalniał więźniów politycznych i jeńców, niszczył wyrzutnie Scudów, łapał agentów i zakorkowywał wycieki ropy naftowej. Mówiąc krótko; kompletna bzdura nie trzymająca się kupy, logiki i zdrowego rozsądku, ale mimo wszystko bardzo zabawna na swój sposób.

A teraz wyobraźcie sobie film fabularny na podstawie tej gry…  Już nie byłby taki przekonywujący i zabawny, prawda…? 

Jeżeli, jak wspominałem wcześniej, gry komputerowe i zabawki są same w sobie kiczowate i na dużym ekranie to razi ze zdwojoną siłą, gdyż wyrobiona publiczność nie chwyta naiwności i uproszczeń. W efekcie filmowe adaptacje gier komputerowych są albo oceniane jako filmy przeciętne albo jako fatalne gnioty, zwłaszcza że producenci zlecają reżyserie rzemieślnikom w stylu Uwe Bolla, definitywnie niwecząc możliwość wykrzesania czegoś wartościowego. Przypomnijmy sobie chociażby pionierskiego "Ulicznego Wojownika" (na podstawie gry "Street Fighter"):

Niezły kicz, co? 

Moim zdaniem dla twórców filmów wyjściem jest albo ucieczka w ironię i autoparodię, albo potraktowanie tematu na poważnie z większą doza realizmu (tak jak to ma miejsce z najnowszymi filmami o Jamesie Bondzie). Co ciekawe, są chlubne wyjątki w ekranizowaniu gier, np. "Silent Hill", ale to dlatego, że gra była przeniesieniem w rzeczywistość wirtualną dobrze ugruntowanego gatunku horroru, zwanego "survival horror", więc przeniesienie na odwrót na duży ekran niewiele zaszkodziło.

Reasumując, trudno nie oprzeć się wrażeniu, aktualne inicjatywy Hollywood to jakieś desperackie próby puszczenia czegoś na ekrany, co jeszcze się nie opatrzyło. Smutna prawda; dobre pomysły są towarem deficytowym, szczególnie w kinie gatunkowym, które musi obracać się w ramach konwencji zrozumiałej dla większości widzów.

Do poczytania:

http://www.rottentomatoes.com/m/gi_joe/

http://screenrant.com/gi-joe-movie-controversy-kofi-20086/

Filmy na relaks

Obecnie mamy ciszę wyborczą. Igor Janke prosi, aby zająć się literaturą lub filmem. Osobiście uważam, że to trafna propozycja, dlatego mam przyjemność zaprezentować mikrorecenzje filmów w sam raz na weekendowy relaks. Miarą oceny jest ilość piwa, co przekłada się pośrednio na jakość obrazu. :)

"Ucieczka z Nowego Yorku"

W starym kinie…

W 1997 roku Manhattan został zamieniony w kolonie karną, gdzie dożywotnio przebywają skazańcy z całego kraju. Od kilku lat trwa wojna z ZSRR, której koniec ma przynieść konferencja, z której wraca prezydent USA (Donald Pleasence). Niestety, Air Force One zostaje porwany przez terrorystów i rozbity właśnie tam. Prezydent, który ocalał w specjalnej kapsule, zostaje porwany przez nieformalnego przywódcę więźniów, zwanego Księciem (Isaac Hayes).

Komendant więzienia zleca znanemu banicie Snake’owi Plisskenowi (Kurt Russell) odbicie prezydenta, w zamian za ułaskawienie, dając mu na to 24 godziny, po których mikrobomby rozsadzą mu tętnice, jeżeli nie wykona zadania.

Dobrze zrobiony film klasy B – tak można podsumować. Jest akcja, jest napięcie i ekstrapolacja statystyki kryminalnej. Warto zwrócić uwagę na minimalistyczną elektroniczną ścieżkę muzyczną autorstwa reżysera, Johna Carpentera.


Ocena: dwa piwa. 

"Błękitny Grom"

Bardzo zgrabna opowiaska o możliwych nadużyciach władzy i inwigilacji.

Rzecz się dzieje tuż przed olimpiadą w Los Angeles. Pilot policyjnego śmigłowca, Frank Murphy (Roy Scheider), otrzymuje zadanie przetestowania nowego typu helikoptera policyjnego, uzbrojenego w dwudziestomilimetrowe działko i zaawansowany sprzęt do inwigilacji, tytułowy "Błękitny Grom". Razem ze swom partnerem, niedoświadczonym Richardem, odkrywa, że za całym przedsięwzięciem stoi grupa wpływowych osób i polityków, mających chrapkę na wykorzystanie tego sprzętu do niecnych celów. W desperacji porywa helikopter, i osłania z powietrza swoją żonę, która ma dowieźć kompromitujący film do stacji telewizyjnej.

Film jest o tyle dobry, że zgodnie z komunikatem na początku faktycznie pokazywał stan technologii inwigilacyjnej w okresie jego kręcenia. Fama głosi że autorów zainspirowało częste używanie helikopterów przez policje Los Angeles do zwiadu, z ubocznym efektem w postaci zakłócania spokoju mieszkańców.


Ocena: trzy piwa.

"Ogniste Ptaki"


Film opowiada o szkoleniu pilota Jake’a Prestona (Nicolas Cage), przygotowującego się do misji przeciwko najemnikom wynajętym przez kartel narkotykowy w Ameryce Południowej. Jake po drodze ma kupę klisz do przeskoczenia, od pokonywania własnych słabości, przez miłosne zaloty do pilotki zwiadowczego helikoptera typu "Kiowa"  do arcywroga w postaci bezwzględnego pilota-najemnika.

Jest to nic innego, jak podróbka "Top Gun", tylko że z helikopterami Apache, zamiast F-14. I co ciekawe, ta podróbka jest zdecydowanie leprza, niż przereklamowany i nudny superprodukcyjniak z Tomem Crusem. Po części dlatego, że jak przystało na dobre kino akcji, rozpatruje nieprawdopodobny scenariusz wydarzeń (ledwo wsparty przemową prezydenta Busha-seniora), połączony z jasno wyłożonymi wrogami i trudnościami do pokonania przez bohaterów. Ocena filmu wzrasta, gdy przymknie się oko na militarne nieścisłości i absurdy.

Ocena: trzy piwa.

„Stulecie Pacyfiku: Wielki biznes i Duch Konfucjusza”

W nawiązaniu do wczorajszej notki na temat remilitaryzacji Japonii, i geostrategicznej sytuacji w rejonie Pacyfiku dziś postanowiłem zaprezentować film pt. "The Pacific Century: Big Business and the Ghost of Confucius". Jest to jeden z odcinków rewelacyjnego serialu dokumentalnego pod tytułem "The Pacific Century", nakręconego na podstawie pracy zbiorowej pod tym samym tytułem. W poniższym filmie pokazano wpływ filozofii konfucjańskiej na współczesne dzieje krajów Azji Południowo-Wschodniej i Japonii, w szczególności na podejście tych krajów do zagadnień gospodarczych i społecznych:

http://video.google.com/videoplay?docid=-6745672640363157945

Czy MIDI niszczy kreatywność?

Słucham właśnie sobie płyt zespołu "Tangerine Dream" – żywej legendy muzyki elektronicznej, aktywnej na tym polu od 40 (!!) lat. Swoją twórczość zaczynali od krautrocka i psychodeli, by z czasem przejść do unikalnego stylu łączącego ambient, rock progresywny i muzyke eksperymentalną, w proporcjach zależnych od składu zespołu w danym okresie. Wystarczy wspomnieć, że przez zespół przewinęło się ponad tuzin wykonawców, w tym Steven Schroyder (na zdjęciu obok, w czasie "Elektronicznego Woodstocku" w Słubicach).

Dwie płyty które teraz odtwarzam pochodzą z końca lat 80-tych, dokładnie są to płyty "Lily on the Beach" i "Optical Race", odpowiednio z 1989 i 1988 roku. W tym okresie "Tangerine Dream" odeszli od długich form muzycznych w stylu 45 minutowego "Rubyconu" z 1975 roku czy 25 minutowych kawałków z "Force Majure" z 1978 na rzecz krótkich form, co zresztą było odbiciem ich komercyjnej działności, min. tworzeniem ścieżek muzycznych do filmów.

Płyty te zostały zrealizowane przy pomocy komputerów Atari i oprogramowania Steinberga i Cubase. I niestety widać że nie wyszło to muzyce zespołu na dobrze.

Wymieniony na początku skrót MIDI to akronim od "Musical Instrument Digital Interface", bez wdawania się w teorie oznacza to tyle, że urządzenia kompatybilne z tym standardem, zarówno syntezatory jak i komputery z odpowiednim oprogramowaniem, można łączyć ze sobą w większe lub mniejsze systemy, w których to np. komputer pełni rolę dyrygenta sterującego syntezatorami i innym sprzętem, niczym wirtualną orkiestrą.

Wracając do mojej wcześniejszej krytycznej oceny, trzeba pamiętać o tym, że efektem ubocznym "zcyfrzenia" jest powatarzalność i brak "głębi" charakterystycznej dla tradycyjnych instrumentów. W albumie "Force Majure" basowa gitara elektryczna w utworze "Trough metamorphic rocks" dostała dodatkowego wdzięku na wskutek… przepalonego tranzystora w pulpicie mikserskim. Z kolei obie wymienione płyty z lat 80-tych przypominają budowle zbudowane z tego samego zestawu klocków, i to takiego zestawu, który ma nielielką liczbę kombinacji. Sam Czesław Niemen po latach przyznał że stary syntezator EMS zakupiony w latach 70-tych dawał mu aż do końca jego twórczej kariery możliwość uzyskania unikalnych brzmień.

Podobna sprawa ma się z cyfrową sztuką wizualną: na DeviantArt czy innych portalach z grafiką w przeważającej ilości dominuje monotonia, i nie mam na myśli tu prac pozbawionych talentu czy oryginalności jako takiej, tylko fakt, iż na kilometr widać, że dana praca jest zrobiona areografem z Photoshopa, a inna wirtualnymi farbami z Corel Paintera. Jeszcze nie tak dawno temu było jeszcze gorzej, bo algorytmy były niedopracowane i powtarzalność była nawet bardziej widoczna.

Nie chciałbym tu przesądzać i wyjść na wroga nowoczesnej technologii cyfrowej, bo jednak ma ona wiele bezdyskusyjnych zalet, i co więcej, jej rozpowszechnienie powoduje, że właściwie nie da się bez niej obyć. Po prostu chodzi mi o to, aby mieć świadomość że daje ona czasami zbyt łatwą możliwość tworzenia, i obniża poprzeczkę, dodatkowo mimowolnie nadając pewien zuniformizowany, standardowy kształt. Fakt, potrzebujemy często komercyjnych dżingli i ilustracji zrobionych "od sztancy", ale wyżej opisany trend już teraz ma bardzo istotne skutki dla sztuki i całego społeczeństwa, co stanowi temat na obszerniejszy tekst.