Tag Archives: Internet

Odciski palców przeglądarek

Każdy użytkownik Internetu wie, że wszelkie jego prywatność jest w zasadzie iluzoryczna. W końcu każdy serwer odnotowuje adres IP z którego się łączymy z siecią, a do tego przeglądarka przechowuje listę odwiedzonych witryn w swojej historii, oraz pliki tymczasowe, nie mówiąc już o tzw. ciasteczkach ("cookies") które zawierają różne informacje, które potem skrypty na stronach mogą wykorzystywać do śledzenia naszej sieciowej działalności. Przeglądarki Opera i Firefox posiadają nawet tryb prywatny, w którym wyżej wymienione funkcje są tymczasowo wyłączone.

Ostatnio jednak na Slashdocie wyczytałem, że nawet przy zastosowaniu takich środków można wybadać pewne cechy charakterystyczne dla danej przeglądarki (swoisty "odcisk palca") i jej użytkownika w sposób umożliwiający identyfikację tego drugiego.

Przeglądarki internetowe, kontaktując się z serwerem, wysyłają całkiem sporo danych: min.  rozdzielczość ekranu, nazwę i wersję przeglądarki, strefę czasową, zainstalowane wtyczki itp. Te informacje są czasami potrzebne, one umożliwiają np. dostosowanie wersji językowej strony internetowej czy po prostu do celów statystycznych umożliwiających udoskonalenie serwisu. Jednak opracowanie algorytmu statystycznego wiążącego ten swoisty "odcisk palca" przeglądarki z poszczególnymi użytkownikami nie jest specjalnie trudny.

Wniosek jest więc prosty: jeszcze raz okazuje się że pełna anonimowość w internecie jest iluzoryczna. A producenci przeglądarek powinni rozszerzyć działanie opcji prywatności także na inne parametry, niźli tylko ciasteczka i historię.

Rys: Wilfredor/Wikimedia Commons

Do poczytania:

EFF: "How unique is your browser?"

 

Ułuda internetowej rewolucji, cz.2

W poprzednim odcinku napisałem:

Od czasu upowszechnienienia się Internetu, blogów, serwisów społecznościowych itp. panuje powszechne przekonanie że o to idzie nowe; kolejna rewolucja przy pomocy której nasze społeczeństwo stanie się bardziej demokratyczne praworządne itp. O to nowe media internetowe mają stanowić „piątą władzę” rozliczającą elity z nadużyć i niekompetencji oraz wyręczać dziennikarzy w dostarczaniu informacji publiczności, która oprócz tego będzie mogła wpływać na proces legislacyjny i decyzyjne przez sieć. Słowem – krok ku cyber-utopii.

Następnie pozwoliłem sobie przytoczyc tezę pana Morozowa na temat cyberhedonizmu, który moźna streścić w jednym zdaniu: nowe osiągnięcia techniki przekładają się w pierwszym rzędzie na nowe formy rozrywki, niż na aktywność społeczno-polityczną.

Słynna uwaga prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego o internautrach popijających piwko i szukających pornografii (w kontekście sprowadzenia rytuału wyborczego do głosowania przez internet) pewnie dlatego wzbudziła tak powszechne oburzenie, bo była… w znacznej mierze prawdziwa.

Kultura polityczna w Polsce nie sprzyja partycypacji politycznej, podobnie jak w Chinach, gdzie odsetek internautów-cyberhedonistów jest wyższy iniż w USA (!):

(przepraszam za jakość, to slajd z odczytu pana Morozowa)

Mechanizm cyberhedonizmu jest powszechny, i nie ogranicza się przecież tylko do Chin. Jak dowodzą badania większość internautów w Polsce w internecie szuka przede wszystkim rozrywki, pod którą teź podpada przyjmowanie tzw. śmieciowych newsów (np. plotki ze świata gwiazd). Weźmy pierwsze z brzegu wyniki badań:

Rozrywka i seks – czego szukają dzieci w internecie

„Youtube, Google, Facebook oraz sex to najczęściej wyszukiwane słowa kluczowe podczas surfowania przez dzieci po bezkresie internetu, wynika z raportu firmy Symantec.”

http://di.com.pl/news/28099,0,Rozrywka_i_seks_-_czego_szukaja_dzieci_w_internecie.html

Czego Polacy szukają w Sieci?

„67 proc. badanych deklaruje, że Internet służy głównie jako źródło informacji oraz narzędzie do kontaktu z innymi. Większość osób pracujących przed komputerem nie wyobraża sobie pracy bez dostępu do Internetu i komunikatorów. (…) Kolejna aktywność polskiego internauty to poszukiwanie rozrywki, czytanie plotek i ciekawostek ze świata. Internetowi ciekawscy stanowią, aż 65 proc. badanych. Koncentrują się oni wokół serwisów społecznościowych, jak Nasza Klasa; plotkarskich oraz portalach bazujących na ciekawostkach w Internecie, np. wykop.pl.”

http://www.internet.senior.pl/153,0,Czego-Polacy-szukaja-w-Sieci,6911.html

Czego szukają Polacy w Internecie?

„Choć świadomość istnienia portali społecznościowych ma 53 proc. Polaków, to korzysta z nich jedynie 31 proc. Szukamy w nich przede wszystkim rozrywki, kontaktów towarzyskich i ciekawostek. Dlatego największym zainteresowaniem Polaków cieszą się portale takie, jak: Nasza Klasa, Grono.net, Fotka.pl, My Space.com czy portale randkowe.”

http://www.proto.pl/informacje/info?itemId=68616&rob=Czego_szukaja_Polacy_w_Internecie?

Polityka w internecie? Są ciekawsze rzeczy

Tylko co czwarty internauta czyta w sieci artykuły dotyczące polskiej polityki, a stronę internetową prezydenta przez ostatnie pół roku odwiedziło ledwie 1 proc. badanych.

http://wyborcza.pl/1,75478,7222448,Polityka_w_internecie__Sa_ciekawsze_rzeczy.html

Ostatnie 5 lat to okres wzrostu znaczenia blogów w dyskursie publicznym. Powinno to bardzo cieszyć, gdyż wprowadza to bardzo potrzebną różnorodność

Istnieje poważny konflikt interesów pomiędzy dziennikarzami mediów tradycyjnych a bloggerami (co pokazała afera Kataryny) jak i też poważne problemy natury prawne z cyklu „czy bloggerowi przysługują te same prawa co dziennikarzowi”.

Dla uściślenia: poprzez „blogger” rozumiem osobę nie będącą dziennikarzem, politykiem czy inną osobą z „głównego nurtu” udzielającego się na internetowych blogach. Powód takiego rozróżnienia jest oczywisty: dla tych osób internet jest po prostu jeszcze jednym medium, którym się kontaktują z audytorium. Dla bloggerów – ex definitione jedynym.

Nie stoje na stanowisku, że blogi mogły by zastąpić media tradycyjne. Uważam za to, że są ich dobrym uzupełnieniem.

Profesionalni dziennkarze są dalej potrzebi, podobnie jak profesionalne redakcje. Bloggerzy rzadko kiedy mają tyle powiązań i kontaktów co zawodowcy. Pod względem prawnym ich sytuacje mniej korzystna, a do tego nie mają dostępu do takich samych zasobów, szczególnie finansowych. Czy można sobie wyobrazić bloggera który by za własne pieniądze, biorąc całe ryzyko na siebie itp. pojechałby do kraju ogarniętego wojną? W USA wiadomo mi o przypadku dziennikarza Steve’a Vincenta, który w Iraku prowadził blog „In the Red Zone”, co zresztą przepłacił życiem.

Większość blogów to, niestety, felietonistyka średniego poziomu. Owszem, blogi mogą być źródłem informacji niszowych, specjalistycznych (co dobrze widać po blogach o tematyce naukowo-technicznej) i niepopularnych, ale mogą być też źródłem plotek, pomówień, histerii i sensacjonalizmu. Wiele razy widziałem na blogach wyrywanie wypowiedzi i treści z kontekstu, nadmierne ekscytowanie się sprawami drugoplanowymi, nadmierną emocjonalność czy po prostu zwykłą złośliwość. Zaznaczam, że nie mam tu na myśli ani konkretnych bloggerów, ani konkretnych portali blogowych czy opcji politycznych; niniejsze obserwacje mają charakter uniwersalny.

Mroczną wizją przyszłości może być sytuacja w której z jednej strony na wskutek updku etyki dziennikarskiej i ogólnej tabloidyzacji media staną się (a może już są?) wytwórniami bezwartościowej papki nie przekładającej się w żadnym stopniu na informowanie o życiu publicznym w kraju, a z drugiej strony Internet stanie się zbiegowiskiem cyberhedonistów kompletnie nie zainteresowanych rzetelnymi informacjami, oraz małych wspólnot, z których każda będzie żyła w swoim światku, ze skrajnie ograniczonym spojrzeniem na rzeczywistość, kisząc się w smrodzie grupowego myślenia, sekciarstwa i paranoi.

c.d.n.

Ułuda internetowej rewolucji, cz.1

Od czasu upowszechnienienia się Internetu, blogów, serwisów społecznościowych itp. panuje powszechne przekonanie że o to idzie nowe; kolejna rewolucja przy pomocy której nasze społeczeństwo stanie się bardziej demokratyczne praworządne itp. O to nowe media internetowe mają stanowić "piątą władzę", rozliczającą elity z nadużyć i niekompetencji oraz wyręczać dziennikarzy w dostarczaniu informacji publiczności, która oprócz tego będzie mogła wpływać na proces legislacyjny i decyzyjny przez sieć. Słowem – krok ku cyber-utopii.

Niestety, w praktyce ten mit drastycznie pryska, szczególnie w zderzeniu z reżimami autorytarnymi, które niby miały by być rozsadzane przez nowe technologie.

Eugeny Morozow pochodzi z Białorusi, przez kilka lat pracował w organizacji pozarządowej zajmującej się promowaniem demokracji i praw człowieka na w tym kraju, tak że z użyciem Internetu i serwisów społecznościowych. Obecnie prowadzi bloga na Foreign Policy, gdzie pisze często na temat wpływu Sieci na aktywność polityczną, wykorzystując doświadczenia zebrane przez w czasie swojej pracy, które to stały się podstawą do napisania książki w której autor twierdzi min. że paradoksalnie Internet umacnia dyktatorskie reżimy zamiast je osłabiać.

Swoje argumenty i spostrzeżenia zawarł w odczycie pt. "Czy Internet jest tym, czego obawiał się Orwell?" wygłoszonym w ramach programu TED Talk, który można obejrzeć tu:

Argumenty pana Morozowa można streścić następująco:

  • Na Zachodzie istnieje mit "iPodowego liberalizmu" tj. złudnego przeświadczenia, że upowszechnianie się technologii informacyjnej automatycznie rozszerza i promuje demokracje, nie tylko poprzez dostęp do nieocenzurowanych informacji ale poprzez poprawę "ekonomii protestu" tj. ułatwienie przeprowadzenia takowego.
  • Często myli się zamierzony cel użytkowania technologii od prawdziwego. Posiadanie coraz to nowych środków komunikacji wcale nie nie sprzyja prawom człowieka i demokracji. Media są tylko narzędziami i to w jaki sposób będą użyte zależy od użytkowników (np. w Rwandzie stacje radiowe podjudzały do ludobójstwa, zamiast do niego zniechęcać)
  • Dyktatury nauczyły się wykorzystywać internet do swoich celów np. poprzez trening prorządowych bloggerów i komentatorów, wykorzystywanie serwisów społecznościowych do autoinwigilacji (np. powiązania pomiędzy poszczególnymi osobami widać jak na dłoni w Twitterze),  nie mówiąc o starym, sprawdzonym triku z wentylem bezpieczeństwa, czego przykładem może być tzw. "autorytarna deliberacja" (rozpraszanie odpowiedzialności poprzez "konsultacje społeczne" w Sieci, pozory demokratyzacji poprzez fora internetowe itp.).
  • Cyberhedonizm vs. cyberaktywizm – internet jako nowe "opium dla mas" – zdecydowana większość użytkowników Sieci jest zainteresowana znajdowaniem w niej rozrywki (gier, obrazków,dowcipów, filmów, pornografii itp.), a nie nauką czy aktywizmem.
  • Pozorność aktywizmu w sieci: wgranie blog znaczka i bannerka jakiejś akcji okazuje się być często ostatnim krokiem poczynionym przez "aktywistów". Dotyczy to nie tylko aktywności politycznej, ale po prostu jakiejkolwiek, so skarykaturyzował poniżej rysownik J.J. McCullough:

-Bardzo się przejąłem tym trzęsieniem ziemi w Pakistanie. Wrzuciłem guzik do dotacji dla Czerwonego Krzyża na blog i stronę i nawet podpis na forum…
-O, fajnie, a ile dałeś?
-Dałem?

Pan Morozow podaje bardzo ciekawy przykład z życia na pacyfikacje nastrojów przy użyciu Internetu. Swego czasu wśród chińskich internautów wzburzenie wywołała informacja o śmierci jednego z więźniów, przy czym władze jako oficjalną przyczynę śmierci podały "uderzenie w głową o ścianę w czasie zabawy w chowanego z współwięźniami", co było skrajnie nieprzekonywujące.

Od razu zaczęto na forach internetowych i portalach krytykować wersje oficjalną. Mogło by się wydawać, że chińskie władze zareagowałyby cenzurowaniem i wycinaniem nieprzychylnych i niewygodnych komentarzy w Sieci, ale zamiast tego zareagowały nieoczekiwanie, ogłaszając gotowość do udzielenia wizyty przez wybraną grupę ochotników z bloggerów. Zgłosiło się pięćset osób, wybrano do delegacji pięcioro, po czym ta piątka zgodnie stwierdziła po wizycie w więzieniu że wszystko w tym ośrodku jest w porządku.

Oczywiście wszelkie zapowiedziane inspekcje i wizyty, tym bardziej w wykonaniu osób niedoświadczonych i nieprzygotowanych są raczej kiepskim sposobem na dowiedzenie prawdy.  Reszta przyjęła to wyjaśnienie z zadowoleniem (bo jak tu nie ufać innym bloggerom, takim jak my?) i sprawa ucichła.

Gdyby Chińczycy uciekli się do cenzury – jak twierdzi pan Morozow – sprawa stała by się jeszcze bardziej głośna, gdyż fakt cenzury tylko by udowodnił, że sprawa faktycznie cuchnie i że władza chce coś ukryć. A tak, sprawa uległa szybkiej, bezbolesnej pacyfikacji.

c.d.n.

W następnym odcinku: w demokracji z internetową rewolucją wcale nie musi być lepiej…

Internetowa menda: próba definicji.

Jak się powszechnie uważa, Internet powstał na potrzeby armii amerykańskiej, jako prototypowy system łączności, na wypadek wyjątkowego zagrożenia, czyli wojny atomowej. Złośliwcy twierdzą, że nikt nie mógł się spodziewać, jakie to zagrożenie, w postaci zawartych w niej śmieci, ta cybernetyczna sieć będzie zawierać sama w sobie. Megatony blogów i wizytówek (MySpace.com, YTMND) prowadzone przez niestabilne emocjonalnie nastolatki (lub dwudziestolatków o umyśle nastolatków udających dwudziestolatki), fora internetowe obsiadłe przez trolle i zwykłych obsesjonatów, integrujące najbardziej popierniczone subkultury na świecie, nie mówiąc fenomenach z zakresu zboczeń seksualnych.

Humorystyczne portale, takie jak somethingawful.com (motto: "Internet ogłupia"), poświęcone min. ośmieszaniu różnych internetowych dziwadeł, trudno uznać za źródło pogłębionych analiz społecznych, ale dna rzecz mi się bardzo spodobała.

Na początek przedstawię Wam koncepcje "Pryzmatu Internetu":

Mówiąc krótko, kimkolwiek jesteś, to przy pomocy Internetu jesteś w stanie wykreować swoje alter ego, znacznie odbiegające od rzeczywistości. Jakie? Złośliwi autorzy somethingawful.com zdiagnozowali pięć typów najbardziej uciążliwych dla normalnych użytkowników sieci. Mi w oko rzuciło się to:

Internetowa Menda

W prawdziwym życiu: Internetowa Menda ma pewne cechy wspólne z Internetowym Twardzielem, ale wewnątrz Mendy pod skorupką poczucia niepewności i zagrożenia kryje się arogancki gbur. Jest to często osoba, na którą inne się uwzięły, i która stara się dowartościować poprzez twierdzenie, że jej intelekt bije na głowę innych.
W Internecie: Internetową mendę łatwo jest pomylić z trollem; w przeciwieństwie do niego Menda jest bardziej żałosna i powszechniejsza. O ile troll jest sztucznym konstruktem, to Menda jest niezrównana w swoim emocjonalnym zaangażowaniu w celu uprzykrzenia komuś życia. Internet po prostu należy do niej, i nikt nie ma prawa zrobić czegoś, czego Menda sobie nie życzy. Menda stara się zdobyć kontrolę nad grupą dyskusyjną, forum lub IRCem, co w przypadku sukcesu grozi katastrofą. Mendy starają się rozpychać rękoma i nogami w celu zasiania buntu w danej społeczności internetowej, a w przypadku niepowodzenia zakładają osobną społeczność, poświęconą atakowaniu społeczności, która ich odrzuciła, razem z grupą swoich zwolenników.
Występowanie: Wszędzie gdzie się tylko da. Mendy starają się podczepić pod społeczność, która odpowiada ich poziomowi intelektualnemu, lub zainteresowaniom, ale faktycznie mogą występować zarówno na forum nastolatków, jak i profesorów fizyki.
Cytat: "Kiedy ci się powinie noga, a wierz mi, że tak się stanie, to będę tylko na to czekała, i śmiała się z tego do upadłego!"
Naturalny wróg: Wszyscy ci, którzy zajmują się administrowaniem i opieką nad daną społecznością, oraz ich "bezmyślni zwolennicy".

Dociekliwości Czytelników pozostawiam samodzielne badania, gdzie takie Mendy mogą przybywać, np. na Salon24.pl